PS Kocham Cię na zawszeTekst

Loe katkendit
Märgi loetuks
Kuidas lugeda raamatut pärast ostmist
PS Kocham Cię na zawsze
PS Kocham Cię na zawsze
PS Kocham Cię na zawsze
Audioraamat
Loeb Małgorzata Gołota
Lisateave
Šrift:Väiksem АаSuurem Aa


Tytuł oryginału: Postscript

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Redakcja: Maria Śleszyńska

Korekta: Katarzyna Głowińska (Lingventa), Anna Sawicka-Banaszkiewicz, Renata Jaśtak

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Anassia Art/Shutterstock

© sergio34/Shutterstock

© Ksenia Stash/Shutterstock

Copyright © Cecelia Ahern 2019

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Anna Krochmal, Robert Kędzierski

ISBN 978-83-287-1274-4

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2019

Fanom PS Kocham Cię z całego świata, z serdecznymi wyrazami wdzięczności

Spis treści

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

Epilog

Podziękowania

Prolog

Celuj w księżyc, a nawet jeśli chybisz, wylądujesz wśród gwiazd.

Te słowa wyryte są na nagrobku mojego męża. Często je powtarzał. Pełen radosnego optymizmu sypał takimi pozytywnymi, motywacyjnymi powiedzonkami, jakby były paliwem życia. Te pozytywne, dodające otuchy słowa na mnie nie działały. Póki nie umarł. Dopiero wtedy, gdy wypowiadał je do mnie zza grobu, zaczęłam je naprawdę słyszeć, czuć i rzeczywiście w nie wierzyć. Trzymałam się ich.

Przez okrągły rok po swojej śmierci mój mąż Gerry żył dalej, obdarowując mnie słowami w comiesięcznych listach niespodziankach. Jego słowa były wszystkim, co miałam; już nie wypowiadane, ale wciąż słowa, spisane z jego myśli, pochodzące z jego umysłu, z mózgu kontrolującego ciało o bijącym sercu. Słowa oznaczały życie. A ja je chwytałam, mocno zaciskałam palce na jego listach, aż bielały mi knykcie, a paznokcie wbijały się w skórę dłoni. Uczepiłam się ich, jakby były moim kołem ratunkowym.

Jest 1 kwietnia, godzina 19.00, a ja głupia upajam się nową jasnością. Wieczory stają się dłuższe, wiosna łagodzi ostatnie, nieprzyjemnie ostre ukąszenia zimy. Kiedyś bałam się tej pory roku; wolałam zimę, gdy wszędzie można się ukryć. Ciemność sprawiała, że czułam się, jakbym była schowana pod bandażem, zamazana, niemal niewidzialna. Uwielbiałam to. Celebrowałam krótkie dni i długie noce; ciemniejące niebo było jak odliczanie czasu do upragnionej hibernacji. Teraz patrzę w światło, które musi sprawić, bym nie została wessana z powrotem.

Moja przemiana przypominała natychmiastowy szok, jaki przeżywa ciało w lodowatej wodzie. W pierwszej chwili czujesz przemożną chęć, by z wrzaskiem z niej wyskoczyć, ale im dłużej pozostajesz pod powierzchnią, tym bardziej się przyzwyczajasz. Zimno, podobnie jak ciemność, może stać się czymś zwodniczo wygodnym, czego nie chcesz porzucić. Ale mnie się to udało; kopiąc nogami i zagarniając wodę rękoma, wydostałam się na powierzchnię. Wynurzyłam się ze zsiniałymi wargami, szczękając zębami, odtajałam i znów wróciłam do świata.

Dzień przechodzący w noc, zima przechodząca w wiosnę, miejsce, gdzie wszystko się zmienia. Cmentarz, uważany za miejsce ostatniego spoczynku, pod ziemią wcale nie jest spokojny. W grobach, w uścisku drewnianych trumien szczątki ulegają przeobrażeniu, sumiennie rozkładane przez naturę. Nawet spoczywając na cmentarzu, ciało ulega nieustannym przemianom. Beztroski śmiech dzieci gdzieś w pobliżu przecina ciszę; nie zdają sobie sprawy, że stoją na granicy światów, albo się tym po prostu nie przejmują. Żałobnicy milczą, ale nie ich ból. Rana może być w środku, ale słyszysz ją, widzisz, czujesz. Ból spowija ciała jak niewidzialna peleryna; czyni wszystko jeszcze cięższym, odbiera oczom blask, spowalnia kroki.

W dniach i miesiącach, które nastąpiły po śmierci mojego męża, szukałam z nim jakiejś nieuchwytnej, transcendentalnej więzi, desperacko pragnąc znów poczuć się dobrze z samą sobą. To było jak potworne pragnienie, które musi zostać zaspokojone. W te dni, w które jakoś funkcjonowałam, wrażenie jego obecności podkradało się do mnie od tyłu i klepało mnie w ramię – i nagle czułam nieznośną pustkę. Wypalone serce. Nigdy nieustający ból.

Chciał zostać skremowany. Jego prochy spoczywają w urnie wsuniętej w niszę w ścianie kolumbarium. Jego rodzice zarezerwowali miejsce obok niego. To puste miejsce w ścianie obok jego urny jest dla mnie. Czuję się, jakbym stała oko w oko ze śmiercią, którą tak chętnie bym powitała wtedy, gdy umarł. Byle tylko do niego dołączyć. Chętnie weszłabym do tej niszy, zgięłabym się jak akrobatka i objęła urnę z jego prochami swoim ciałem.

On jest w tej ścianie. Chociaż nie, nie ma go tutaj. Odszedł. Energia jest gdzie indziej. Jest rozproszonymi, rozsypanymi cząstkami materii wokół mnie. Gdybym mogła, posłałabym całą armię, by wyśledzić każdy atom i poskładać je z powrotem, ale wszyscy konni i wszyscy dworzanie… Uczymy się tego na samym początku, ale pojmujemy, co to znaczy, dopiero gdy nadejdzie koniec.

Mieliśmy przywilej nie jednego, lecz dwóch pożegnań; długo chorował na raka, a potem przez rok dostawałam jego listy. W głębi ducha wiedział, że dzięki temu będę mogła lgnąć do niego, do wspomnień; nawet po śmierci znalazł sposób, by stworzyć nowe wspomnienia. Magia. Żegnaj, ukochana, żegnaj raz jeszcze. To powinno było mi wystarczyć. I myślałam, że tak jest. Może to dlatego ludzie przychodzą na cmentarze. Po kolejne pożegnania. Może w ogóle nie chodzi o to, żeby się przywitać, lecz o pociechę pożegnania, rozstania w ciszy i spokoju, bez poczucia winy. Nie zawsze pamiętamy, jak się poznaliśmy, ale często pamiętamy nasze rozstania.

Jestem zaskoczona, że tu wróciłam, w to miejsce i do tego stanu umysłu. Od jego śmierci minęło siedem lat. Sześć lat od chwili, gdy przeczytałam jego ostatni list. I naprawdę zaczęłam żyć dalej, ale ostatnie wydarzenia wszystko zakłóciły, wstrząsnęły mną do głębi. Powinnam żyć przyszłością, ale czuję jakiś hipnotyczny przypływ, jak gdyby on sięgał ręką i ciągnął mnie do tyłu.

Przyglądam się nagrobkowi i po raz kolejny czytam jego powiedzonko:

Celuj w księżyc, a nawet jeśli chybisz, wylądujesz wśród gwiazd.

 

A więc to musi być właśnie takie uczucie. Bo tak zrobiliśmy, on i ja. Właśnie tam celowaliśmy. Chybiliśmy. To tutaj, wszystko to, co mam, wszystko, czym jestem, i to nowe życie, które zbudowałam przez ostatnie siedem lat bez Gerry’ego, musi być jak lądowanie wśród gwiazd.

1

TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ

– Cierpliwa Penelopa. Żona Odyseusza, króla Itaki. Poważna i gorliwa postać, oddana żona i matka. Choć niektórzy krytycy lekceważą ją jako symbol wierności małżeńskiej, Penelopa jest złożoną kobietą, która tka swe intrygi równie zręcznie, jak szaty. – Przewodnik tajemniczo zawiesza głos i przebiega wzrokiem po twarzach zaintrygowanych słuchaczy.

Gabriel i ja jesteśmy na wystawie w Muzeum Narodowym. Stoimy w tylnym rzędzie, trochę z boku, jakbyśmy nie pasowali do reszty albo jakbyśmy nie chcieli być częścią ich paczki, ale zarazem nie jesteśmy na tyle wyluzowani, by ignorować słowa przewodnika. Słucham go, podczas gdy Gabriel obok mnie wertuje broszurę. Później będzie w stanie słowo w słowo powtórzyć, co mówił przewodnik. On uwielbia takie rzeczy. Ja uwielbiam to, że on uwielbia takie rzeczy, bardziej niż te rzeczy. Jest kimś, kto wie, czym wypełnić czas, i gdy go poznałam, to była jedna z jego najbardziej pożądanych cech, ponieważ wtedy miałam randkę z przeznaczeniem. Najdalej za sześćdziesiąt lat miałam się spotkać z kimś po drugiej stronie.

– Mąż Penelopy, Odyseusz, wyrusza, by walczyć w wojnie trojańskiej, która trwała dziesięć lat, zaś powrót zajmuje mu kolejnych dziesięć. Położenie Penelopy staje się bardzo trudne, gdy stu ośmiu zalotników zaczyna się domagać jej ręki. Penelopa jest sprytna i wymyśla sposób, jak zwieść zalotników, mamiąc każdego z nich obietnicą, ale nie przyjmując żadnego.

Nagle czuję się zakłopotana. Dłoń Gabriela, luźno spoczywająca na moim ramieniu, wydaje się zbyt ciężka.

– Opowieść o krośnie Penelopy, które tu widzimy, symbolizuje jeden z podstępów królowej. Penelopa tkała całun na pogrzeb swego teścia Laertesa, twierdząc, że gdy tylko całun będzie gotowy, wybierze sobie męża. W dzień pracowała przy wielkim krośnie w pałacowej sali, zaś nocą potajemnie pruła to, co utkała za dnia. Robiła tak przez trzy lata, czekając na powrót męża i zwodząc zalotników aż do chwili, gdy to nastąpiło.

To mnie wkurza.

– A czy on na nią czekał? – wołam.

– Słucham? – mówi przewodnik, szukając w grupie osoby, która zadała pytanie. Grupa się rozstępuje, ludzie odwracają się i patrzą na mnie.

– Penelopa jest symbolem wierności małżeńskiej, ale co z jej mężem? Czy podczas wojny, przez te dwadzieścia lat, był jej wierny?

Gabriel śmieje się cicho.

Przewodnik się uśmiecha i opowiada pokrótce o dziewięciorgu dzieciach, jakie Odyseusz miał z pięcioma innymi kobietami, i o jego długim powrocie z wojny trojańskiej do Itaki.

– Czyli nie – mruczę do Gabriela, a grupa przechodzi dalej. – Głuptas z tej Penelopy.

– To było doskonałe pytanie – stwierdza Gabriel i słyszę rozbawienie w jego głosie.

Znów odwracam się w stronę obrazu przedstawiającego Penelopę, a Gabriel wertuje broszurę. Czy jestem cierpliwą Penelopą? Czy za dnia tkam, a nocą pruję, zwodząc tego lojalnego i pięknego zalotnika i czekając na powrót męża? Podnoszę wzrok na Gabriela. Jego niebieskie oczy są wesołe, nie czyta w moich myślach. Cudownie nieświadomy.

– Kiedy tak czekała, mogła się z nimi wszystkimi po prostu przespać – mówi. – Pruderyjna Penelopa nie umiała się bawić.

Śmieję się i opieram głowę na jego piersi. Obejmuje mnie ramieniem, przyciąga mocno do siebie i całuje w czubek głowy. Jest wielki jak dom i mogłabym zamieszkać w jego objęciach; wysoki, silny, barczysty, całe dnie spędza na dworze, wspinając się na drzewa jako ich konserwator czy też arborysta, jak sam woli, żeby go nazywano. Przywykł do tego, by być wysoko, kocha deszcz i wiatr, wszystkie żywioły, jest poszukiwaczem przygód, odkrywcą, a gdy nie siedzi akurat na czubku drzewa, to wyleguje się pod nim z głową pochyloną nad książką. Wieczorami po pracy pachnie rukwią wodną.

Poznaliśmy się dwa lata temu na festiwalu skrzydełek z kurczaka w Bray, stał obok mnie przy ladzie i zajmował komuś kolejkę, zamawiając cheeseburgera. Złapał mnie w dobrej chwili, urzekł mnie swoim poczuciem humoru, tak jak zamierzał, chcąc zwrócić na siebie moją uwagę. Swoją gadką, jak przypuszczam.

„Mój kolega pyta, czy się z nim umówisz. Poproszę cheeseburgera”.

Jestem łasa na takie głodne gadki, ale mam dobry gust do mężczyzn. Dobrych mężczyzn, świetnych mężczyzn.

Rusza z miejsca, a ja ciągnę go w przeciwną stronę, jak najdalej od spojrzenia cierpliwej Penelopy: od jakiegoś czasu mnie obserwuje, wydaje jej się, że rozpoznała kogoś w swoim typie. Ale ja nie jestem w jej typie, nie jestem nią i nie chcę nią być. Nie zatrzymam swojego życia tak jak ona, żeby czekać na niepewną przyszłość.

– Gabrielu.

– Holly – dopasowuje głos do mojego poważnego tonu.

– Jeśli chodzi o twoją propozycję…

– Żeby przycisnąć rząd i zakazać przedwczesnego wieszania świątecznych dekoracji? Dopiero co je zdjęliśmy, a za chwilę znów będziemy je wyciągać.

Muszę wygiąć plecy i zadrzeć głowę, by na niego spojrzeć. Jest taki wysoki. Jego oczy się uśmiechają.

– Nie, o tę drugą. Żebym się do ciebie wprowadziła.

– Ach!

– Zróbmy to.

Macha zaciśniętą pięścią i wydaje stłumiony okrzyk w stylu stadionowej przyśpiewki rozentuzjazmowanego tłumu.

– Jeśli mi obiecasz, że kupimy telewizor i że codziennie, kiedy się będę budzić, będziesz wyglądać tak jak teraz. – Wspinam się na palce, żeby być bliżej jego twarzy. Dotykam jego policzków, wyczuwam jego uśmiech pod zarostem w stylu Balbo, który strzyże i pielęgnuje jak profesjonalista; konserwator drzew uprawiający własną twarz.

– To podstawowy wymóg, który stawiam swoim współlokatorom.

– Współbzykaczom – mówię i śmiejemy się jak dzieci.

– Zawsze byłaś taka romantyczna? – pyta i mnie obejmuje.

Kiedyś taka byłam. Kiedyś byłam zupełnie inna. Może naiwna. Ale już taka nie jestem. Mocno go przytulam i opieram głowę na jego piersi. Chwytam krytyczne spojrzenie Penelopy. Wyniośle unoszę podbródek. Wydaje jej się, że mnie zna. Ale wcale mnie nie zna.

2

– Gotowa? – pyta cicho moja siostra Ciara, gdy zajmujemy miejsca na poduchach w przedniej części sklepu. Słychać stłumiony gwar zgromadzonych, którzy czekają, aż spotkanie się rozpocznie. Siedzimy w witrynie sklepu Ciary ze starociami i używanymi ciuchami, który nazwała Sroczka. Od trzech lat pracujemy tutaj razem. Po raz kolejny przekształciłyśmy sklep w miejsce spotkań, w którym w obecności słuchaczy ma być nagrywany jej podcast Jak rozmawiać o… Ale dziś wieczorem nie jestem w bezpiecznym miejscu, nie stoję jak zazwyczaj przy stole z winem i ciasteczkami. Uległam uporczywym prośbom mojej namolnej, przebojowej i nieustraszonej siostry i mam być gościem dzisiejszego odcinka Jak rozmawiać o śmierci. Pożałowałam tego już w chwili, gdy powiedziałam „tak”, i ten żal osiągnął astronomiczne rozmiary, jeszcze zanim usiadłam przed niewielką grupą słuchaczy.

Poprzesuwałyśmy pod ściany drążki i stojaki z ubraniami oraz akcesoriami, sklepową podłogę zajmuje teraz pięć rzędów składanych krzesełek, po sześć w każdym. Uprzątnęłyśmy witrynę, żebyśmy mogły siedzieć z Ciarą wyżej. Na zewnątrz ludzie pędzą z pracy do domów i przelotnie spoglądają na żywe manekiny siedzące na poduchach za szybą.

– Dzięki, że to robisz. – Ciara ściska moją wilgotną dłoń.

Uśmiecham się słabo, w myślach szacując szkody, jakie bym spowodowała, wycofując się w ostatniej chwili. Ale wiem, że nie warto. Muszę wywiązać się z obietnicy.

Ciara zsuwa buty i podciąga bose stopy na poduchę. W tej przestrzeni czuje się jak w domu. Odchrząkuję i ten dźwięk rozbrzmiewa w sklepie przez głośniki. Wpatruje się we mnie trzydzieści zaciekawionych, pełnych wyczekiwania twarzy. Mocno splatam spocone ręce i zerkam do notatek, które od chwili, gdy Ciara mnie o to poprosiła, wściekle gromadziłam niczym wykończona studentka przed egzaminem. Urywki myśli nabazgrane, gdy nachodziło mnie natchnienie, ale w tej chwili żadna z nich nie wydaje się mieć sensu. Nie widzę, gdzie kończy się jedno zdanie, a zaczyna drugie.

Mama siedzi w przednim rzędzie, kilka miejsc od mojej przyjaciółki Sharon, która zajęła krzesełko przy przejściu, gdzie ma więcej przestrzeni na podwójny wózek. Spod kocyka w wózku wystaje para małych stópek, jedna w uparcie trzymającej się skarpetce, druga bosa. Sharon trzyma na rękach półroczne dziecko. Jej sześcioletni synek Gerard siedzi obok niej ze spojrzeniem utkwionym w iPadzie i słuchawkami na uszach, a czterolatek z dramatyzmem daje do zrozumienia, że się nudzi: zsunął się tak nisko na krześle, że niemal dotyka głową oparcia. Czterech chłopców w ciągu sześciu lat; doceniam, że dzisiaj tu przyszła. Wiem, że od świtu jest na nogach. Wiem, ile czasu musiało jej zająć wyjście z domu, a potem wracanie się trzy razy po coś, czego zapomniała. Moja przyjaciółka wojowniczka tu jest. Uśmiecha się do mnie, na jej twarzy widać wyczerpanie, ale też nieustające wsparcie.

– Witajcie wszyscy w czwartym odcinku Podcastu w Sroczce – zaczyna Ciara. – Niektórzy z was są stałymi bywalcami. Betty, dziękuję, że przyniosłaś nam swoje pyszne ciasteczka, Christian, dzięki za ser i wino.

Szukam wśród zebranych Gabriela. Jestem niemal pewna, że go tu nie ma, wyraźnie zabroniłam mu przychodzić, chociaż to nie było konieczne. Jako człowiek, który dba o swoją prywatność i świetnie kontroluje emocje, nie mógł pojąć, że mam opowiadać obcym ludziom o swoim prywatnym życiu. Dyskutowałam z nim o tym zawzięcie, ale teraz zgadzam się z każdym jego słowem.

– Jestem Ciara Kennedy, właścicielka Sroczki. Niedawno doszłam do wniosku, że fajnie byłoby nagrać serię podcastów zatytułowaną Jak rozmawiać o…, prezentującą organizacje charytatywne, które otrzymują pewien procent dochodów z mojego biznesu. W tym tygodniu będziemy rozmawiać o śmierci, a zwłaszcza o utracie bliskiej osoby i o żałobie. Jest z nami Claire Byrne z Bereave Ireland, a także kilkoro spośród tych, którzy korzystają ze wsparcia, jakie oferuje jej organizacja. Dochód z waszych biletów i wasze hojne darowizny trafią prosto do Bereave. Później porozmawiam z Claire o jakże ważnej pracy, którą niestrudzenie wykonują ona i jej pracownicy w Bereave, niosąc pomoc tym, którzy stracili bliskich, ale najpierw chciałabym przedstawić mojego specjalnego gościa, Holly Kennedy, która, jak się akurat składa, jest moją siostrą. Nareszcie tu jesteś! – woła podekscytowana Ciara, a widzowie biją brawo.

– Jestem – śmieję się nerwowo.

– Odkąd w zeszłym roku zaczęłam nagrywać te podcasty, męczyłam swoją siostrę, żeby wzięła udział w jednym z nich. Tak się cieszę, że to robisz. – Bierze mnie za rękę i ją ściska. – Twoja historia wywarła ogromny wpływ na moje życie i jestem pewna, że wielu ludzi skorzysta, słuchając o twojej podróży.

– Dziękuję. Mam taką nadzieję.

Zauważam, że notatki drżą mi w ręce, i puszczam dłoń Ciary, żeby nad tym zapanować.

Jak rozmawiać o śmierci to nie jest łatwy temat. Czujemy się tak swobodnie, rozmawiając o życiu, o tym, jak żyjemy i jak żyć lepiej, zaś rozmowa o śmierci wydaje się nam niewygodna i pełna pułapek. Nie przychodzi mi do głowy nikt inny, z kim wolałabym przeprowadzić tę rozmowę. Holly, proszę, opowiedz nam, jaki wpływ na twoje życie wywarła śmierć.

Odchrząkuję.

– Siedem lat temu straciłam swojego męża Gerry’ego. Umarł na raka w wieku trzydziestu lat. Miał guza mózgu.

Nieważne, ile razy to powtarzam, zawsze ściska mnie w gardle. Ta część tej historii wciąż jest rzeczywista, wciąż pali się we mnie gorącym, jasnym płomieniem. Szybko zerkam na Sharon, szukając u niej wsparcia, a ona dramatycznie przewraca oczami i ziewa. Uśmiecham się. Dam radę to zrobić.

– Jesteśmy tu, żeby porozmawiać o żalu po stracie kogoś bliskiego, więc co mogę wam powiedzieć? Nie jestem wyjątkowa, śmierć dotyka nas wszystkich i jak wielu z was zdaje sobie pewnie sprawę, żałoba jest skomplikowaną podróżą. Nad rozpaczą nie sposób zapanować, przez większość czasu masz wrażenie, że to ona kontroluje ciebie. Jedyne, co możesz kontrolować, to to, jak sobie z nią radzisz.

– Mówisz, że nie jesteś wyjątkowa – wtrąca Ciara – ale osobiste doświadczenia każdej osoby są wyjątkowe i możemy się od siebie uczyć. Żadna strata nie jest łatwiejsza od innych, ale czy myślisz, że przez to, że dorastaliście razem z Gerrym, twoja była bardziej dotkliwa? Odkąd pamiętam byliście nierozłączni.

 

Kiwam głową i opowiadam, jak poznałam Gerry’ego. Unikam patrzenia na słuchaczy, żeby sobie to ułatwić, zupełnie jakbym mówiła do siebie, tak jak wtedy, gdy ćwiczyłam pod prysznicem.

– Poznałam go w szkole, kiedy miałam czternaście lat. Od tego dnia byliśmy Gerrym i Holly. Byłam dziewczyną Gerry’ego. Żoną Gerry’ego. Dorastaliśmy razem i uczyliśmy się od siebie. Miałam dwadzieścia dziewięć lat, kiedy go straciłam i zostałam wdową po Gerrym. To nie było po prostu tak, że tracąc go, straciłam część siebie, naprawdę czułam się tak, jakbym to siebie straciła. Nie miałam pojęcia, kim jestem. Musiałam odbudować siebie.

Kilka głów potakuje. Wiedzą, jak to jest. Wszyscy to wiedzą, a jeśli jeszcze nie wiedzą, dowiedzą się.

– Kupa – odzywa się głosik z wózka i chichocze. Sharon ucisza swojego malucha. Sięga do ogromnej torby i wyciąga wafelek ryżowy z truskawkową polewą. Wafelek znika w wózku. Chichotanie ustaje.

– Jak siebie odbudowałaś? – pyta Ciara.

To dziwne uczucie opowiadać jej o czymś, co przeżywała razem ze mną, więc odwracam się i skupiam na słuchaczach, na ludziach, których przy tym nie było. I kiedy widzę ich twarze, coś się we mnie przełącza. Tu nie chodzi o mnie. Gerry zrobił coś wyjątkowego i zamierzam w jego imieniu podzielić się tym z ludźmi, którzy pragną o tym usłyszeć.

– Gerry mi pomógł. Zanim umarł, wymyślił potajemny plan.

– Ho, ho, ho! – mówi Ciara, a słuchacze się śmieją. Uśmiecham się i spoglądam na ich pełne wyczekiwania twarze.

Czuję podekscytowanie na myśl, że o tym opowiem, i po raz kolejny sobie przypominam, jak absolutnie niepowtarzalny był pierwszy rok po jego śmierci, chociaż z biegiem czasu znaczenie tych wydarzeń zatarło się w mojej pamięci.

– Zostawił mi dziesięć listów, które miałam otwierać w kolejnych miesiącach po jego odejściu. I podpisywał każdy z nich: „PS Kocham Cię”.

Słuchacze są wyraźnie wzruszeni i zaskoczeni. Odwracają się do siebie, wymieniają spojrzenia i coś szepczą, milczenie zostało przerwane. Maleństwo Sharon zaczyna płakać. Sharon ucisza dziecko, kołysze je, z nieobecnym spojrzeniem puka miarowo w smoczek.

Ciara odzywa się na tyle głośno, by przebić się przez kwilenie dziecka:

– Kiedy cię poprosiłam, żebyś wzięła udział w tym podcaście, stanowczo zapowiedziałaś, że nie chcesz się skupiać na chorobie Gerry’ego. Chciałaś mówić o tym, co ci podarował.

Zdecydowanie kręcę głową.

– Nie, nie chcę mówić o tym, jak chorował na raka, przez co musiał przejść. Jeśli chcecie mojej rady, spróbujcie nie fiksować się na mroku. Jest go aż za dużo. Wolałabym mówić o nadziei.

Ciara patrzy na mnie z błyskiem dumy w oczach. Mama mocno splata palce.

– Ścieżka, którą wybrałam, to było skupienie się na tym, co mi podarował; i to był dar wynikający z jego utraty: odnalezienie siebie. Nie czuję się w mniejszym stopniu człowiekiem ani nie wstydzę się powiedzieć, że śmierć Gerry’ego mnie złamała. Jego listy pomogły mi znów odnaleźć siebie. Musiałam go stracić, żeby odkryć tę część siebie, o której istnieniu nie miałam pojęcia. – Zatracam się w słowach i już nie mogę ich powstrzymać. Muszę im to opowiedzieć. Gdybym siedem lat temu była jednym z tych słuchaczy, musiałabym to usłyszeć. Odnalazłam w sobie nową, zaskakującą siłę, odnalazłam ją na samym dnie w ciemnym i samotnym miejscu, ale ją odnalazłam. I niestety to właśnie tam odnajdujemy w życiu większość skarbów. Kopiemy, męczymy się w ciemności i w błocie i w końcu natrafiamy na coś konkretnego. Odkryłam, że skaliste dno może być tak naprawdę trampoliną.

Słuchacze, zachęcani przez pełną entuzjazmu Ciarę, biją brawo.

Płacz malucha Sharon przechodzi we wrzask, wysoki, przeszywający dźwięk, jakby ktoś wyrywał mu nogi. Starszy chłopczyk rzuca ryżowym wafelkiem w malucha. Sharon wstaje, zerka przepraszająco w moją stronę, a potem rusza przejściem między krzesełkami. Jedną ręką popycha podwójny wózek, w drugiej trzyma płaczące niemowlę. Dwoje starszych dzieci zostawia z moją mamą. Niezdarnie manewruje wózkiem do wyjścia, wjeżdża nim na krzesła, zrzucając wiszące na nich torebki, ich paski i rączki wplątują się w koła, Sharon mruczy pod nosem przeprosiny.

Ciara czeka z kolejnym pytaniem, dopóki Sharon nie wyjdzie.

Sharon wjeżdża wózkiem w drzwi, próbując je w ten sposób otworzyć. Mathew, mąż Ciary, biegnie jej pomóc i przytrzymuje drzwi, ale podwójny wózek jest za szeroki, żeby się w nich zmieścić, Sharon, spanikowana, tłucze wózkiem o framugę. Niemowlę wrzeszczy, wózek stuka, a Mathew mówi jej, żeby przestała, i odblokowuje dolną część drzwi. Sharon spogląda na nas z zażenowaniem. Naśladuję jej wcześniejszą minę, przewracam oczami i ziewam. Posyła mi pełen wdzięczności uśmiech, po czym się wymyka.

– To się wytnie – żartuje Ciara. – Holly, oprócz tego, że Gerry zostawił ci po śmierci te listy, czy odczuwałaś jego obecność w jakiś inny sposób?

– Chodzi ci o to, czy widziałam jego ducha?

Niektórzy ze słuchaczy śmieją się cicho, inni desperacko czekają na „tak”.

– Jego energię – mówi Ciara. – Jakkolwiek chcesz to nazwać.

Przez chwilę milczę i się zastanawiam, przywołuję to uczucie.

– To dziwne, ale śmierć ma fizyczną obecność; śmierć może być jak wrażenie, że ta druga osoba jest w pokoju. Luki, które pozostawia po sobie ktoś, kogo kochamy, to, że go już nie ma, jest wyczuwalne, więc były czasem takie chwile, gdy Gerry wydawał mi się bardziej żywy niż ludzie wokół mnie. – Wracam myślami do tych samotnych dni i nocy, gdy utknęłam między światem rzeczywistym i tym, co działo się w mojej głowie. Wspomnienia potrafią być bardzo silne. Potrafią być błogą ucieczką i miejscem, które można odkrywać, ponieważ znów go dla mnie przywołały. Ale uważajcie, potrafią też być więzieniem. Jestem wdzięczna Gerry’emu za to, że zostawił mi te listy, bo wyciągnął mnie ze wszystkich tych czarnych dziur i ożył, dzięki czemu mogliśmy wspólnie tworzyć nowe wspomnienia.

– A teraz? Siedem lat później? Czy Gerry wciąż z tobą jest?

Milczę. Wpatruję się w Ciarę rozszerzonymi oczami, jak zając, który zamarł w świetle reflektorów. Wszystko mi się plącze. Do głowy nie przychodzą żadne słowa. Jest?

– Jestem pewna, że Gerry zawsze będzie częścią ciebie – mówi cicho Ciara, wyczuwając, w jakim jestem stanie. – Zawsze będzie z tobą – dodaje uspokajająco, jakbym o tym zapomniała.

Prochem jesteś i w proch się obrócisz. Rozproszone, rozsypane cząstki materii wokół mnie.

– Oczywiście – uśmiecham się nerwowo. – Gerry zawsze będzie ze mną.

Ciało umiera, ale duch, dusza zwleka z odejściem. W pierwszym roku po śmierci Gerry’ego były dni, gdy czułam się tak, jakby jego energia była we mnie, jakby mnie budowała, wzmacniała, zmieniała w fortecę. Mogłam zrobić wszystko. Byłam nietykalna. W inne dni czułam jego energię, która rozrywała mnie na milion kawałków. To było przypomnienie o tym, co straciłam. Nie mogę. Nie chcę. Wszechświat odebrał mi najwspanialszą część życia i dlatego bałam się, że może mi też odebrać całą resztę. I uświadamiam sobie, że tamte dni były cenne, bo teraz, siedem lat później, w ogóle nie czuję, że Gerry jest ze mną.

Zagubiona we własnym kłamstwie zastanawiam się, czy dla słuchaczy zabrzmiało ono równie pusto, jak dla mnie. Ale powoli kończymy. Ciara zachęca słuchaczy, żeby zadawali pytania, a ja rozluźniam się trochę, czując, że koniec już blisko. Trzeci rząd, piąta osoba, zmięta chusteczka w ręce, rozmazany tusz do rzęs.

– Cześć, Holly, mam na imię Joanna. Kilka miesięcy termu straciłam męża i szkoda, że nie zostawił mi listów, tak jak twój. Możesz nam powiedzieć, co napisał w ostatnim liście?

– A ja chcę wiedzieć, co było we wszystkich – odzywa się ktoś inny i słychać pomruk aprobaty.

– Mamy czas, żeby posłuchać o nich wszystkich, jeśli Holly nie ma nic przeciwko temu – mówi Ciara, zerkając na mnie.

Biorę głęboki oddech i powoli wypuszczam powietrze. Od tak dawna nie myślałam o tych listach. To znaczy myślałam o nich jak o koncepcji, ale nie indywidualnie, nie w kolejności, szczegółowo… Od czego zacząć? Nowa nocna lampka, nowa kreacja, noc karaoke, nasiona słonecznika, urodzinowy wyjazd z przyjaciółmi… Jak mieliby zrozumieć, jak ważne były dla mnie wszystkie te z pozoru nieistotne rzeczy? Ale ostatni list… Uśmiecham się. To proste.

– W ostatnim liście napisał: „Nie bój się znów zakochać”.

Chwytają się tego, to piękne słowa, wspaniałe i odważne ze strony Gerry’ego zakończenie. Joanna nie jest tak wzruszona, jak pozostali. Widzę w jej oczach rozczarowanie i zagubienie. Rozpacz. Jest tak głęboko pogrążona w żałobie, że nie to chciałaby usłyszeć. Wciąż trzyma się myśli o mężu; dlaczego miałaby rozważać inne możliwości?

Wiem, co sobie myśli. Nigdy nie będzie w stanie znów kogoś pokochać. Nie w ten sposób.