Idź krok po krokuSõnum

Loe katkendit
Märgi loetuks
Kuidas lugeda raamatut pärast ostmist
Šrift:Väiksem АаSuurem Aa


Tytuł oryginału: Å GÅ – elt skritt av gangen

Projekt okładki: Katarzyna Grabowska\&visual.pl

Przekład z norweskiego: Witold Biliński/sundar.pl

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Bogusława Jędrasik

Translation rights arranged

by the Agreement with Stilton Literary Agency,

Norway and Book/lab Literary Agency, Poland

© 2018 Kagge Forlag AS 2. (wydanie poprawione)

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

This translation has been published

with the financial support of Norla


Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1360-4

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Dziękuję matce i ojcu,

którzy zabierali mnie na wycieczki,

a także Ingrid, Solveig i Nor

You’re walking. And you don’t always realize it

But you’re always falling

With each step, you fall forward slightly

And then catch yourself from falling

Laurie Anderson, Walking and falling

Idziesz. I nie zawsze zdajesz sobie sprawę

z tego, że wciąż upadasz.

Z każdym krokiem lecisz lekko do przodu.

A potem łapiesz równowagę,

chroniąc się przed upadkiem.

Spis treści

I

II

Podziękowania

Źródła

I

Przyszedł taki dzień, kiedy moja babcia nie mogła już zrobić ani jednego kroku.

Tego dnia jej życie zaczęło dobiegać kresu. Fizycznie rzecz biorąc, żyła jeszcze przez pewien czas, ale kolana, które wstawiono jej zamiast starych, były już zużyte i nie dawały rady nosić jej ciała. Gdy leżała w łóżku, zanikła też siła w jej mięśniach. Układ trawienny działał coraz gorzej. Serce biło wolniej, a puls stał się nierówny, płuca pobierały coraz mniej tlenu. Pod koniec życia z trudem łapała powietrze.

W tym czasie mieszkałem z dwiema córkami. Młodsza, Solveig, miała trzynaście miesięcy. Kiedy jej prababcia powoli zapadała się w sobie, przyjmując na powrót pozycję płodową, Solveig poczuła, że czas zacząć chodzić. Unosząc ręce nad głową lub trzymając się moich palców, umiała już niepewnie przedreptać przez salon. Za każdym razem, kiedy rozluźniła chwyt i próbowała samodzielnie zrobić kilka kroków, przewracała się i oglądała świat do góry nogami. Kiedy potknęła się i uderzyła czołem w róg stołu, doświadczyła tego, że niektóre rzeczy są twarde, a kolejnym razem w podobnych okolicznościach, że inne są miękkie. Nauka chodzenia to być może najbardziej niebezpieczna rzecz, jaką robimy w życiu.

Wkrótce, wysuwając ramiona w bok, by utrzymać równowagę, potrafiła już samodzielnie chodzić po salonie. Niepewność sprawiała, że stawiała drobne kroki w rytmie staccato. Gdy patrzyłem na nią, zaskoczyło mnie to, jak zaciskają się palce u jej stópek. Wyglądało to tak, jakby próbowała chwycić podłogę. „Stopa dziecka nie wie, że jest stopą”, chce być motylem lub jabłkiem, jak to ujął na początku wiersza U stóp twojego dziecka chilijski poeta Pablo Neruda.

Nie minęło wiele czasu, a już z nieco większą pewnością siebie przechodziła przez otwarte tarasowe drzwi, by znaleźć się w ogrodzie. Jej stopy miały wtedy kontakt nie tylko z podłogą,

ale też z powierzchnią ziemi. Trawą, kamieniami, piachem i wkrótce asfaltem.

Gdy chodziła, lepiej widoczne były cechy jej osobowości – temperament, ciekawość i silna wola. Być może się mylę, ale gdy obserwuję, jak dziecko uczy się chodzić, mam jeszcze większą pewność, że radość z odkrywania i opanowywania to największa siła na świecie. Stawianie jednej nogi przed drugą, badanie i przekraczanie leży w naszej naturze.

Odkrywcze podróże nie są czymś, od czego zaczynamy – są czymś, na czym kończymy.

Kiedy babcia urodziła się w Lillehammer, dziewięćdziesiąt sześć lat przed Solveig, ludzie wciąż używali nóg, kiedy mieli przemieścić się z jednego miejsca w drugie. Jeśli chciała się wybrać gdzieś daleko, mogła pojechać pociągiem, ale nie miała zbyt wielu powodów, by wyjeżdżać z miasta. Zamiast tego świat przyszedł do niej. W młodości obserwowała, jak do Oppland przybywały masowo produkowane samochody, rowery i samoloty. Babcia opowiadała, że pradziadek zaprosił ją kiedyś na wycieczkę do Mjøsa, aby razem zobaczyli samolot. Opowiadała o tym tak żywo, że można było niemal uwierzyć, że zdarzyło się to wczoraj. Niebo nie było już zastrzeżone dla ptaków i aniołów.


Homo sapiens chodzi od zawsze. Od tych czasów, gdy nasi przodkowie opuścili Afrykę Wschodnią siedemdziesiąt tysięcy lat temu, cała nasza historia obraca się wokół chodzenia. Bipedalizm, chodzenie na dwóch nogach, stał się podstawą wszystkiego, czym jesteśmy dzisiaj. Nasz gatunek przekroczył Arabię, doszedł do Himalajów i rozlał się na wschód na całą Azję, przeszedł przez zamarzniętą Cieśninę Beringa i dalej przez Amerykę lub podążył na południe do Australii. Niektórzy ruszyli na zachód do Europy, trafiając między innymi do Norwegii. Ci pierwsi ludzie potrafili pokonywać pieszo długie dystanse, polować nowymi metodami na większych obszarach i więcej przeżywać. Ten sposób życia sprawiał, że ich mózg rozwijał się szybciej niż u innych stworzeń. Najpierw zaczęliśmy chodzić, potem nauczyliśmy się rozniecać ogień i gotować jedzenie, a następnie opanowaliśmy mowę.

Języki, które ludzie stworzyli, odzwierciedlają to, że życie to długa, piesza wyprawa. W sanskrycie, który pochodzi z Indii i jest jednym z najstarszych istniejących języków, przeszłość nazywa się gata, „to, co przeszliśmy”, a przyszłość to anāgata, „to, do czego jeszcze nie doszliśmy”. Gata jest słowem spokrewnionym językowo z norweskim „gått” (perfectum od „gå” – iść, chodzić). W sanskrycie teraźniejszość to po prostu „to, co jest tuż przed nami”, pratyutpanna.


Nie potrafię zliczyć, ile pieszych wycieczek mam za sobą. Pokonywałem krótsze dystanse i dłuższe. Chodziłem z miast i do miast. Chodziłem nocą i w ciągu dnia, od dziewczyn i do przyjaciół. Chodziłem w lasach i górach, przez pokryte lodem płaskowyże i przez stworzone przez człowieka naturalne tereny. Chodziłem, nudząc się, chodziłem, by uniknąć niepokoju. Chodziłem w bólu i szczęściu. Niezależnie od tego, gdzie i dlaczego to robiłem, szedłem i szedłem. Dotarłem dosłownie na kraniec świata.

Każda wycieczka jest inna od pozostałych, jednak gdy cofam się w czasie, by im się przyjrzeć, we wszelkiego rodzaju chodzeniu zauważam wspólną cechę: daje wewnętrzną ciszę. Chodzenie i cisza pasują do siebie. Cisza jest abstrakcyjna, a chód konkretny.

Zanim miałem rodzinę, dom i pracę, nigdy nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego chodzenie jest tak ważne. Dzieci jednak domagały się odpowiedzi na pytanie: dlaczego mamy iść, skoro możemy pojechać i będzie szybciej? Również dorośli, z którymi rozmawiałem, często pytali o to, jaki sens ma powolne poruszanie się z jednego miejsca w drugie.

Do teraz próbowałem wyjaśniać to w sposób programowy, do czego człowiek ucieka się, bo jest to sposób szybki, a więc przeciwny samej esencji chodzenia, które jest powolne: wyjaśniałem, że kto chodzi, żyje dłużej. Poprawia się pamięć. Spada ciśnienie krwi. Rzadziej się choruje. Jednak za każdym razem mówiąc to, wiedziałem, że przekazuję tylko część prawdy. Chodzenie to oczywiście znacznie więcej niż lista korzyści zdrowotnych, jaką możemy znaleźć na przykład na reklamie suplementów diety. Jak więc wygląda reszta tej prawdy?

Dlaczego chodzimy? Skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy? Myślę, że na te pytania każdy ma swoje własne odpowiedzi. Nawet kiedy ty i ja idziemy ramię w ramię, przeżywamy coś innego.

Kiedy założę buty i pozwolę myślom wędrować, jestem pewien jednego: stawianie jednej nogi przed drugą to jedna z najważniejszych czynności, jakie wykonujemy.

Idźmy więc.

II

Chodzenie daje poczucie wolności. Jest przeciwieństwem tego, co „szybsze, wyższe, mocniejsze”. Kiedy idę, wszystko porusza się wolniej, świat jest jakby bardziej miękki, i przez chwilę żyję bez codziennych czynności, takich jak sprzątanie, spotkania i czytanie maszynopisów. Chodzenie to strefa wolności. Opinie, oczekiwania i humory rodziny, kolegów i znajomych stają się na trzydzieści minut albo kilka godzin zupełnie nieważne. Mogę poczuć, że jestem w centrum własnego życia, a niedługo później całkowicie się zapomnieć.

Istnieje powszechna zgodność co do tego, że jeżeli na dotarcie z jednego miejsca w drugie przeznaczasz dwie godziny zamiast czterech albo ośmiu, oszczędzasz czas. To prawda, z matematycznego punktu widzenia wydaje się to całkiem poprawne, lecz moje doświadczenia są odwrotne: gdy zwiększam tempo, czas płynie szybciej. Moja prędkość i czas przyspieszają równolegle do siebie. To tak, jakby prawdziwa godzina trwała krócej niż zegarowa. Kiedy się spieszę, trudno mi z czymkolwiek zdążyć.

 

Kiedy jedziesz samochodem w kierunku góry i pozwalasz, by jeziorka, strumienie, mech i drzewa przelatywały błyskawicznie obok ciebie, twoje życie staje się krótsze. Nie czujesz wiatru, zapachów, pogody i zmian światła. Nie bolą cię stopy. Wszystko jest takie samo.

Kiedy wzrasta tempo, zawęża się nie tylko czas, ale też poczucie przestrzeni. Nagle jesteś już u stóp góry. Poczucie odległości znika. Gdy już dotrzesz na miejsce, może ci się wydawać, że wiele przeżyłeś. Ale wątpię w to, żeby tak było rzeczywiście.

Jeśli przejdziesz tę samą trasę, przeznaczysz na jej pokonanie dzień, a nie pół godziny, będziesz spokojniej oddychał, słuchał, wyczuwał pod stopami grunt, dzień będzie zupełnie inny. Góra rosnąć będzie stopniowo i poczujesz, że otoczenie się poszerza.

Poznanie wszystkiego wokół ciebie zajmuje sporo czasu. To tak jak budować przyjaźń. Odległa góra, która powoli zmienia się, gdy się do niej zbliżasz, staje się dobrym kompanem, zanim jeszcze dotrzesz na miejsce. Twoje oczy, uszy, nos, ramiona, brzuch i nogi mówią do niej, a ona odpowiada. Czas rozciąga się niezależnie od minut i godzin.

Właśnie tutaj kryje się wielka tajemnica, którą znają wszyscy piechurzy: kiedy chodzisz, życie trwa dłużej. Chodzenie wydłuża mgnienia oka.


Nieodmiennie wybieram najprostszą z dwóch czy więcej możliwości: to, co zabiera najmniej czasu. Jest najwygodniejsze. Najcieplejsze. Nawet wtedy, gdy wiem, że ta druga możliwość to mądrzejszy wybór. Bywają takie dni, kiedy od wstania z łóżka do położenia się wybieram linię najmniejszego oporu. Prawdę mówiąc, potrafię to robić przez kilka dni z rzędu. Jest to słabość, która mnie męczy.

Dobrowolne sprawianie, że życie robi się bardziej niewygodne, wiele mi dało. Odkąd pamiętam, żyje we mnie mały czort, który ciągle doradza mi sięganie po najwygodniejsze możliwości, gdy tylko mam wybór: przejść krótszą drogę, niż planowałem, darować sobie wizytę u chorego, żeby pójść na kawę, nie wstawać, kiedy powinienem. W tych okresach życia, kiedy przyzwyczajony jestem do wsiadania do samochodu, trudno z tego zrezygnować. Jest to po prostu zbyt wygodne.

Nieustanne słuchanie tego głosu może wydawać się swego rodzaju ucieczką od świata i nadużywaniem możliwości, jakie mamy w życiu. Filozof Martin Heidegger zwrócił uwagę na to, że łatwo możemy stać się niewolnikiem takiego wewnętrznego głosu. Może on sprawić, że zaczniemy tonąć i ugrzęźniemy obiema nogami w głębokim, wsysającym nas bagnie. Heidegger rozróżnia życie w taki właśnie sposób i panowanie nad własnym życiem. Być to nie tylko istnienie w świecie, jak kamienie, ale relacja z tym, kim się jest w tym świecie. My, ludzie, jak podkreśla Heidegger, powinniśmy być gotowi brać na siebie ciężary, aby być wolnymi. Jeśli postanowisz iść

po linii najmniejszego oporu, priorytet zawsze będzie mieć ta droga, która prowadzi do najmniejszego niepokoju. Twoje wybory będą z góry postanowione, a twoje życie nie tylko pozbawione wolności, ale też po prostu nudne.

Tak wiele rzeczy w naszym życiu odbywa się w szybkim tempie. Chodzenie jest powolne. Jest więc jedną z najbardziej radykalnych rzeczy, jakie możesz robić.


Zalecanie komuś pójścia niewłaściwą drogą albo zejścia na manowce może być czymś przewrotnym, ale również dobrą radą. Pamiętam takie wyprawy.

Jesienią 1987 roku szedłem z dziewczyną przez zachodnią część Jotunheimen, wspinając się po drodze na Store Skagastølstind, trzecią najwyższą górę Norwegii. Była dobrą alpinistką i zaprowadziła nas na szczyt. Na górze zaskoczyły nas chlapa i mgła. Po obu stronach straszyły strome zbocza. Zrobienie każdego kroku w mgłę groziło śmiercią, musieliśmy więc przenocować na górze bez namiotu i śpiwora. Przez całą noc podskakiwaliśmy, boksowaliśmy się z cieniem i zabijaliśmy ręce, ale i tak strasznie marzliśmy. Dziś wspominam to jako nasze najpiękniejsze wspólne przeżycie. Spędzenie nocy w dramatycznych okolicznościach wyróżniło tę noc na tle całego szeregu innych, bardziej komfortowych. Kiedy wstało słońce, ruszyliśmy w dół, pomagając sobie nawzajem bezustannie do czasu, aż zrobiło się bezpiecznie. Te mroczne godziny bardzo nas do siebie zbliżyły.

Tak wiele razy się zgubiłem, że zastanawiam się, czy w głębi duszy nie poszukuję niepewności i cieszę się tą małą tajemnicą, gdzie jestem. Kiedy używam Google Earth, większość rzeczy jest przewidywalna. Czasami ryzykuję, że bardziej będę skupiał się na ekranie niż na otoczeniu. Jeśli jednak zostawię w domu całą elektronikę i podniosę wzrok, jestem obecny. Świat wydaje się większy. Poznaję sąsiedztwo, miasto, las.

Jak powiedział kiedyś mój brat Gunnar – mieliśmy wtedy chyba osiem i jedenaście lat – gdy zgubiliśmy się w Østmarka: „Tutaj już kiedyś się zgubiłem, więc wiem, gdzie jesteśmy”.


Naturalne jest myślenie, że ludzie siedzący w więzieniu muszą należeć do tych, którzy w całym społeczeństwie poruszają się najmniej, jednak wcale nie musi tak być. Trzy czwarte dzieci w Anglii przebywa na dworze mniej niż więźniowie w tym samym kraju. Co piąte prawie wcale nie wychodzi na dwór, a co dziewiąte w ciągu ostatniego roku nie postawiło stopy w parku, lesie ani na plaży. Czas spędza się w domu przed ekranem. Według gazety „The Guardian” wielu rodziców zdaje sobie sprawę, że przebywanie poza domem ma wielką wartość, ale nic nie robią w kwestii kształtowania nawyków dzieci[1]. Siedzenie w domu jest tym bardziej niefortunne, gdy wiemy, że ludziom dobrze robi podziwianie zmieniających się pór roku i pogody, zwierząt i natury i tego, które miejsca stworzone są po to, byśmy je wypełniali.

Brak życia na dworze w Anglii ma również wiele wspólnego z przynależnością klasową. Według badania przeprowadzonego przez fundację

Wildfowl & Wetlands Trust (WWT) jest znacznie bardziej prawdopodobne, że angielskie dzieci pochodzące z biednych rodzin mniej przebywają wśród natury niż pozostałe.

W dużych miastach, gdzie bieda jest powszechna, bogaci ludzie odróżniają się od innych tym, że nie chodzą po ulicach. Każdej zimy na Delhi opada gęsty, szary smog. Stężenie dymu, drobniutkich cząstek zanieczyszczeń powietrza oraz cienka warstwa ozonowa sprawiają, że kiedy miejskie dzieci idą z domu do szkoły ze szmatkami na twarzach, porannego słońca niemal nie widać. W 2015 roku milion zgonów w Indiach powiązanych było z zanieczyszczeniem.[2]


Mniej więcej siedemdziesiąt pięć kroków od moich drzwi wejściowych codziennie przechodzę obok pewnego dębu. Pamiętam zmiany, jakie zachodzą w nim w ciągu roku. W słabym świetle przed zimowym świtem pozbawione liści drzewo wygląda czasami jak potwór. Później, w świetle dnia, prezentuje się bardziej przyjaźnie. W koronie drzewa, w korze i wewnątrz drewna pełno jest maleńkich mieszkań, w których wiodą własne życie setki różnego rodzaju owadów, grzybów, porostów i mchów.

Wiosną pojawiają się liście, kolory. Dąb – drzewo, które według legendy żyje pięćset lat i umiera przez kolejne pięćset – unosi się nieco, a każdy podmuch wiatru zwiewa z niego chmury pyłku. Nie widzę tego, ale wiem, że zaczynają wtedy krążyć soki.

Zwykle, kiedy jadę przez miasto, nie zwracam bacznej uwagi na nic innego poza drogą. W dół Pilestredet ruch odbywa się powoli, kierowca nie zauważa, że pojawiło się zielone światło, a piesza wychodzi mi wprost przed maskę, pisząc SMS-a. Nie zauważa się niemal wyrazów twarzy. W godzinach szczytu czasami łapię się na tym, że patrzę na innych kierowców stojących w tym samym korku i źle o nich myślę, bo – podobnie jak ja – marnują czas, stojąc na zatłoczonej ulicy. Aż do dziś nie widziałem w godzinie szczytu ani jednego zadowolonego kierowcy.

Korzystanie z tuneli i autostrad sprawia, że odległości i różnice topograficzne giną. Po dotarciu na miejsce mam wrażenie, że niczego nie przeżyłem. Szybkość samochodu zagraża temu, co potrafię zapamiętać. W radiu słychać tę samą łatwo wpadającą w ucho muzykę i mniej więcej takie same wiadomości jak poprzedniego dnia. Kiedy prowadzę, słucham tego wszystkiego. W wiadomościach często mówią o czymś, na czym się nie znam i co natychmiast zapominam. Kategorycznie brzmiące głosy twierdzą coś rano, a inne równie kategorycznie głoszą co innego

w porze obiadowej.

W utworze Przechadzka szwajcarski pisarz Robert Walser opisuje potrzebę przemieszczenia się z jednego miejsca do drugiego, nie przeżywając niczego, jako szaleństwo. Zupełnie nie może pojąć, jak ludzie mogą nazywać przyjemnością pędzenie przez wszystkie te stworzenia i rzeczy, które przedstawia nam nasza piękna Ziemia, pędzenie, jakbyśmy oszaleli i musieli szybko się oddalać, by nie wpaść w rozpacz.[3]

Latem liście na dębie mają niezliczone odcienie ciemnej zieleni na wierzchu, podczas gdy ich spód jest jaśniejszy, w niemal niebieskawej zieleni. Kwiatki są tak drobne, że muszę ich wypatrywać. Widzę je dopiero wtedy, kiedy się do nich zbliżę.

Czuję, że drzewo mówi nam o tym, że nie możemy nigdy zapominać o niepatrzeniu.


Jedno z moich najwcześniejszych dziecięcych wspomnień to dzień, w którym razem z ojcem mieliśmy rozdać jakieś ulotki w Nordstrand, gdzie mieszkaliśmy. Ojciec uczestniczył w lokalnym życiu politycznym. Poświęciliśmy razem wieczór na wkładanie kartek do kilku setek skrzynek pocztowych. Wcześniej tę samą odległość, którą wspólnie przeszliśmy, pokonywałem tramwajem, ale kiedy musieliśmy iść, odległości wydawały się większe. Pamiętam, jak bolały mnie ścięgna w kolanach. Kiedy każdy metr musiałem przejść, zamiast podziwiać otoczenie z siedzenia za oknem tramwaju, świat wydawał się o wiele większy. Doznałem nowego uczucia, zauważając, jak moje ciało, otoczenie i fantazje łączą się w całość. Wciąż mogłem śnić na jawie o długich wyprawach, ale tego wieczoru zacząłem trochę rozumieć, co znaczy odległość i zmęczenie.

Od tego czasu w Oslo wędruję przez dzielnice. Od Vestli i Mortensrud do Holmlia, Røa i Holmenkollåsen. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o tym, jak ludzie w moim mieście mieszkają. Poświęcając weekendy i wieczory, poznałem miasto trochę lepiej. Kiedy ktoś mówi o Furuset, nie chodzi tylko o stację metra, ale o miejsce, które znam, z jego willami, blokami, meczetem i kościołem, a do tego niepozornym pomnikiem Trygve Lie, pierwszego sekretarza generalnego ONZ. Mój następny projekt to wytyczenie okręgu wokół miejsca, w którym się znajduję, o promieniu kilometra czy pięciu, i obejście po obwodzie koła pieszo.

Chodzenie to czasami mała odkrywcza podróż do wnętrza samego siebie, podczas której budynki, znaki, twarze, pogoda i nastrój panujący na ulicy kształtują ciebie. Być może jesteśmy stworzeni do chodzenia – również w miastach? Piesza wędrówka to dla mnie połączenie: ruchu, skromności, równowagi, ciekawości, zapachów, dźwięków, świateł, a kiedy idę daleko – tęsknoty. Uczucia, które rozciąga się w dal, pozostając niezaspokojone. Portugalczycy mają na określenie tęsknoty słowo, które z trudem poddaje się tłumaczeniu: saudade – są to jednocześnie: miłość, nostalgia, smutek i szczęście. Może tu chodzić o coś dobrego, co cię niepokoi albo coś nieprzyjemnego, co przynosi radość.[4]

Rano, kiedy mam przenieść się z domowego życia do miasta, w mojej głowie panuje lekki chaos. Myśli i ambicje muszą się przestawić z łóżka, kuchni, przygotowywania kanapek, do wydawnictwa pełnego kolegów, którzy będą przygotowywać do publikacji i sprzedaży książki. Są to dwa zupełnie różne światy, a kiedy idę, dostaję nieco więcej czasu na przeniesienie się z jednej rzeczywistości do drugiej. Kiedy mam na to ochotę, mogę się zatrzymać, rozejrzeć się i znów ruszyć dalej. To anarchia

 

w małej skali. Myśli, które przelatują mi przez głowę, albo niepokoje, które czuję w ciele, zmieniają się i rozjaśniają, kiedy idę. Gdy rozpoczynam podróż, rządzi lekki chaos, a gdy dochodzę do celu, przeważa porządek. Jeśli jadę samochodem albo tramwajem, droga z domu do miasta odbywa się tak szybko, że nie zdążam zakończyć domowego życia i mam takie poczucie, jakbym zabrał je ze sobą do biura. Później, gdy wieczorem wracam do domu, głowę trzeba znów przełączyć.

Po drodze rano do pracy nie oczekuję niczego szczególnie ekscytującego, ale jakieś oczekiwania jednak mam. Niemal zawsze przechodzę obok czegoś, nad czym warto się zastanowić lub czemu warto się przyjrzeć. Z domu do biura mam trzy kilometry; jest to, prawdę mówiąc, niewiele, ale i tak lepiej niż pięćset metrów. Istnieje stary filozoficzny paradoks, mówiący, że na ulicy nie znajdujesz niczego wartościowego, bo jeżeli leżało tam coś cennego, to zabrał to już wcześniej ktoś inny. Gdy ja rozglądam się wokół, cenne rzeczy widzę wszędzie.

Oglądanie ludzi to ciekawe przeżycie. Kiedy idę do miasta, zbieram po drodze malutkie wrażenia. Drobna nieprzyjemność wynikająca z obchodzenia rumuńskiego żebraka na południowy wschód w Valkyrie plass, z nieodłącznym pustym kubkiem ze Starbucksa przed sobą i zdjęciem niepełnosprawnego syna. Twarze, których nie znam, mijające mnie w pośpiechu, ktoś, kto zatrzymany przez czerwone światło przed przejściem dla pieszych zadumał się na Majorstuen, słuchając muzyki przez białe słuchawki. Inni wyglądają na tak spiętych i niespokojnych, że sprawia to wrażenie, jakby bali się zaczajonego na pobliskim dachu snajpera.

Nawet wtedy, kiedy poruszam się tymi samymi chodnikami co poprzedniego dnia, o tej samej porze, wszystko jest nieco inne. Niektórych ludzi widuję od lat i mogę przyglądać się temu, jak się starzeją, obserwując, jak ich krok staje się coraz mniej sprężysty. Z każdym upływającym dniem dąb przy moim domu zmienia się odrobinkę, farba na ścianach domu blaknie, a twarze, które spotykam, są o dwadzieścia cztery godziny starsze. Różnice te są zbyt małe, by zauważać je z dnia na dzień, wszystko odbywa się przecież tak wolno, ale kiedy idę, rozumiem, co się dzieje.

Gdy biegun północny przechyla się ku Słońcu, niemal przez całą dobę panują u mnie lato i jasność. Łatwo wtedy zauważyć niemal wszystkie kolory tęczy. Ma się takie wrażenie, jakby barwy rzucały się na człowieka. Późną jesienią, kiedy nasza część globu pozostaje w strefie cienia, nastaje mrok. A jednak gdy słońce stoi nisko, istnieje jeszcze więcej odmian niebieskiego, fioletu, czerwieni, czerni i żółci – po prostu trzeba włożyć nieco więcej wysiłku, żeby je zobaczyć. Latem jest tak, jakby kolory były podawane na srebrnej tacy. Zimą, aby je zauważyć, często potrzeba trochę więcej skupienia. Należy wpatrywać się w słabe światło, żeby po kilku minutach przed oczami otworzyły się wszelkie możliwe barwy. Kolory, które się wtedy widzi, wydają się pełniejsze niż te same barwy latem.

W dniach, kiedy mam na to czas, próbuję zgadywać, o czym myślą ludzie, których widzę, i jakie czekają na nich zadania. Niewiele mam chwil na przyglądanie się zmęczonemu spojrzeniu pod bejsbolówką albo kobiecie, która spokojnie uśmiecha się sama do siebie. Popołudniami widzę zestresowanych ludzi – obstawiam, że to rodzice małych dzieci, pędzący do przedszkola, żeby zdążyć przed zamknięciem. Dobrze znam to uczucie. A może są po prostu zestresowani, nawet jeżeli nie muszą nigdzie zdążyć?

Wiele o mijanych ludziach powiedzieć mogą ich stroje. Mężczyźni w kosztownych garniturach

i ze schludnie ufryzowanymi włosami wyglądają jak prawnicy spieszący do biura. Instruktorzy jogi mają swój własny styl ubioru. Ksiądz w sutannie chodzi na swój własny sposób, ale to wszystko

nie jest takie proste. Ubrania to znaczniki, mam jednak wrażenie, że duchowni zachowują coś ze swojego godnego kroczenia nawet wówczas,

gdy są bez sutanny. Kiedy mój sąsiad, oficer, chodzi w cywilnych ubraniach, wciąż pozostaje wojskowym i porusza się równie sztywno

jak wtedy, gdy jest w mundurze.

How oft, amid those overflowing streets,

Have I gone forward with the crowd, and said

Unto myself, ’The face of every one

That passes by me is a mystery’

William Wordsworth, The Prelude[5]

Pewna para, na którą zwróciłem uwagę, jeszcze kiedy byli świeżo zakochani, stała kiedyś przed sklepem Bang & Olufsen przy Hegdehaugsveien, dyskutując o zakupie telewizora i sprzętu stereo. Gdy całowali się przed wystawą, a ja przechodziłem obok, odgadłem, że zamierzają się pobrać. Rok

później dowiedziałem się, że faktycznie to zrobili. Jednak najczęściej takie zgadywanie to teleturniej, w którym nikt nie zna prawidłowej odpowiedzi.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Teised selle autori raamatud