Pamiętnik księgarza

Tekst
Loe katkendit
Märgi loetuks
Kuidas lugeda raamatut pärast ostmist
Pamiętnik księgarza
Šrift:Väiksem АаSuurem Aa



Tytuł oryginału

The Diary of a Bookseller

Copyright © Shaun Bythell, 2017–2019

First published 2017 by Profile Books Ltd

3 Holford Yard, Bevin Way, London WC1X 9HD

www.profilebooks.com

Cytaty z Bookshop Memories George’a Orwella pochodzą ze zbioru George Orwell: Essays z przedmową Bernarda Cricka (po raz pierwszy opublikowanego pod tytułem The Collected Essays, Journalism and Letters of George Orwell, Vols 1–4, Martin Secker & Warburg, 1968, bieżące wydanie Penguin Book, 2000). Zbiór: copyright © the Estate of Sonia Brownell Orwell, 1984. Przedmowa: copyright © Bernard Crick, 1994. Przedruk za zgodą Penguin Random House UK oraz Estate of Sonia Brownell Orwell.

Przekład

Dorota Malina

Redakcja i korekta

Dominika Rychel, Anna Hadała-Żołnik, Julia Diduch

Skład

Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66360-05-1


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

LUTY

Czy chciałbym wykonywać zawód księgarza? Ogólnie rzecz biorąc, choć pracodawca traktuje mnie dobrze, a w księgarni spędziłem sporo miłych chwil – nie.

George Orwell, Bookshop Memories, Londyn, listopad 1936

Niechęć Orwella do księgarskiego fachu jest zrozumiała. Funkcjonuje stereotyp niecierpliwego, nietolerancyjnego i aspołecznego właściciela księgarni – taką wspaniałą kreację stworzył Dylan Moran w serialu Księgarnia Black Books – który (zasadniczo) wiernie oddaje rzeczywistość. Można oczywiście wskazać wyjątki i wielu księgarzy pewnie nie zachowuje się stereotypowo. Ja, niestety, tak. Nie zawsze jednak tak było i pamiętam, że zanim kupiłem antykwariat, miałem usposobienie życzliwe i przyjazne. Nieustająca lawina głupich pytań, opłakany stan moich finansów, ciągłe sprzeczki z personelem i nieustanne, wyczerpujące targowanie się z klientami sprawiły, że stałem się tym, kim jestem. Czy chciałbym cokolwiek zmienić? Nie.

Antykwariat The Book Shop w moim rodzinnym Wigtown zobaczyłem po raz pierwszy, kiedy w wieku lat osiemnastu wyjeżdżałem stamtąd na studia. Dobrze pamiętam, jak przechodząc z kolegą obok witryny, stwierdziłem, że za rok sklepu na pewno już nie będzie. Dwanaście lat później, podczas bożonarodzeniowych odwiedzin u rodziców, wybrałem się do antykwariatu, żeby zapytać o Trzy gorączki Leo Walmsleya. Rozmawiając z właścicielem, wyznałem mu, że nie mogę znaleźć pracy, która przynosiłaby mi satysfakcję. Zasugerował, żebym odkupił od niego sklep, bo zamierza przejść na emeryturę. Odpowiedź, że nie mam pieniędzy, skontrował: „Po co twoim zdaniem wymyślili banki?”. Niecały rok później, 1 listopada 2001 roku, dokładnie miesiąc po trzydziestych pierwszych urodzinach, wszedłem w posiadanie sklepu z używanymi książkami. Zanim go przejąłem, powinienem był zapewne przeczytać Bookshop Memories Orwella z 1936 roku. Esej nie stracił na aktualności i stanowi cenną przestrogę dla każdego, kto tak jak ja naiwnie myśli, że dni sprzedawcy używanych książek upływają na siedzeniu w kapciach przy kominku, pykaniu fajeczki i lekturze Zmierzchu Cesarstwa Rzymskiego Edwarda Gibbona, przerywanej inteligentnymi rozmowami z rzeszą przemiłych klientów skorych do zostawienia w kasie mnóstwa pieniędzy. Rzeczywistość jest diametralnie inna. Ze wszystkich uwag poczynionych przez Orwella w eseju najbardziej adekwatne wydaje mi się stwierdzenie, że „wielu naszych klientów to ludzie, którzy są uciążliwi, gdziekolwiek się znajdą, ale księgarnia stwarza im prawdziwe pole do popisu”.

W latach 1934–1936 Orwell, pracując nad powieścią Wiwat aspidistra!, dorabiał w Booklover’s Corner w Hampstead. Jego przyjaciel Jon Kimche twierdził, że George niechętnie cokolwiek komukolwiek sprzedawał – to uczucie bez wątpienia znane wielu handlarzom książek. Aby pokazać podobieństwa – a często także różnice – między funkcjonowaniem antykwariatu dziś i w czasach Orwella, każdy miesiąc rozpoczynam fragmentem z Bookshop Memories.

Wigtown mojego dzieciństwa było miasteczkiem pełnym życia. Razem z dwiema młodszymi siostrami dorastałem na małej farmie półtora kilometra od Wigtown, które w porównaniu z płaskimi, słonymi mokradłami wokół gospodarstwa, na których gdzieniegdzie pasły się owce, jawiło nam się jako kwitnąca metropolia. Wigtown, z niecałym tysiącem mieszkańców, leży w Galloway, zapomnianym południowo-zachodnim zakątku Szkocji. Lokalny krajobraz tworzą falujące drumliny na półwyspie zwanym Machars (od celtyckiego machair, czyli żyzna, nisko położona łąka), którego sześćdziesięciokilometrowe wybrzeże oferuje wszystko – od piaszczystych plaż po jaskinie i wysokie klify. Na północ od miasteczka znajdują się Galloway Hills i wspaniała, niemal pusta dzicz stanowiąca część Wyżyny Południowoszkockiej.

W architekturze miasteczka dominują budynki administracji publicznej, zwłaszcza monumentalny ratusz, który niegdyś był siedzibą czegoś, co lokalnie określano mianem hrabstwa. Przez wiele lat podstawę tutejszej gospodarki stanowiły spółdzielcza mleczarnia oraz Bladnoch, wysunięta najdalej na południe destylarnia whisky. To one dawały zatrudnienie większości mieszkańców. Dawniej rolnictwo stwarzało znacznie większe zapotrzebowanie na siłę roboczą, więc w miasteczku i w okolicznych wioskach pracy nie brakowało. Mleczarnię zamknięto w 1989 roku i sto czterdzieści trzy osoby znalazły się na bezrobociu. Destylarnia, założona w roku 1817, zamknęła podwoje w 1993. W rezultacie Wigtown przeszło diametralną transformację. Tam, gdzie dawniej znajdowały się sklep z towarami żelaznymi, warzywniak, budka z pamiątkami, szewc, cukiernia i hotel, teraz straszyły opuszczone lokale i zabite deskami okna.

Dziś Wigtown przeżywa jednak kolejny okres względnej prosperity, co lokalni mieszkańcy przyjmują z pewną dozą optymizmu. Puste zabudowania po mleczarni powoli wypełniły się drobnymi przedsiębiorstwami; zagościli tam kowal, studio nagrań i zakład zduński. W 2000 roku Raymond Armstrong, biznesmen entuzjasta z Irlandii Północnej, wskrzesił destylarnię, wznawiając produkcję whisky na niewielką skalę. Los samego Wigtown też odmienił się na lepsze, gdyż stało się ono prawdziwym centrum książkowego biznesu. Do opuszczonych lokali wróciło życie, a drobnym przedsiębiorcom powodzi się całkiem nieźle.

Wszyscy, którzy kiedykolwiek pracowali w księgarni czy antykwariacie, twierdzą, że interakcje z klientami dostarczają mnóstwa materiałów na książkę – wystarczy zajrzeć do pozycji Weird Things Customers Say in Bookshops [„Dziwactwa, które klienci wygadują w księgarniach”] autorstwa Jen Campbell. Ponieważ cierpię na sklerozę, postanowiłem notować, co dzieje się w moim antykwariacie – zapiski przydadzą mi się, jeżeli kiedyś przyjdzie mi fantazja napisać o tym książkę. Wrażenie, że data początkowa to coś dziwnie mało znaczącego, jest najzupełniej uzasadnione. Po prostu wpadłem na pomysł, żeby zacząć 5 lutego, a luźne notatki przekształciły się w pamiętnik.

ŚRODA, 5 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 5

Zrealizowane zamówienia: 5

O dziewiątej dwadzieścia pięć zadzwonił jakiś facet z południowej Anglii, który rozważa zakup antykwariatu w Szkocji. Chciał się dowiedzieć, jak wycenić inwentarz dwudziestu tysięcy książek. Powstrzymując się od oczywistej reakcji (POSTRADAŁ PAN ZMYSŁY?), zapytałem, ile chce obecna właścicielka. Powiedziała mu, że książki kosztują u niej średnio 6 funtów, a sumę 120 tysięcy funtów proponuje podzielić na trzy. Odparłem, że dzielnik powinien wynosić co najmniej dziesięć, a najprawdopodobniej trzydzieści. Przewożenie dużych ilości książek jest obecnie prawie niemożliwe, a ci, którzy są gotowi się tego podjąć, proponują horrendalne stawki. Sklepów z książkami jest teraz za mało, a książek – za dużo. To rynek kupującego. Nawet w 2001 roku, kiedy przejąłem antykwariat, a koniunktura była znacznie lepsza, poprzedni właściciel wycenił zbiór stu tysięcy książek na ledwie 30 tysięcy funtów.

Być może powinienem zalecić swojemu rozmówcy, żeby przed dokonaniem zakupu przeczytał nie tylko wspomnienia Orwella (Bookshop Memories), lecz także wspaniałą książkę Williama Y. Darlinga The Bankrupt Bookseller Speaks Again [„Antykwariusz bankrut przemawia ponownie”]. Obydwie pozycje są obowiązkową lekturą każdego aspirującego antykwariusza. Tak naprawdę Darling nie był antykwariuszem bankrutem, tylko edynburskim bławatnikiem, który nabrał wielu, wymyślając niezwykle przekonującą postać. Szczegóły są niesamowicie dokładne. Fikcyjny bohater Darlinga – „niechlujny, schorowany, pozornie nudny człowiek, który jednak pod wpływem inspiracji potrafi niezwykle elokwentnie opowiadać o książkach” – doskonale odzwierciedla standardowego antykwariusza.

 

Dziś do pracy przyszła Nicky. Nie stać mnie już na zatrudnianie personelu na pełny etat, zwłaszcza podczas długiej, mroźnej zimy. Polegam więc na Nicky, równie kompetentnej, co ekscentrycznej, która dwa razy w tygodniu staje za ladą, żebym ja mógł pojechać po towar i pozałatwiać inne sprawy. Nicky jest mocno po czterdziestce i ma dwóch dorosłych synów. Mieszka w małym gospodarstwie nad zatoką Luce Bay jakieś dwadzieścia pięć kilometrów od Wigtown i należy do zboru Świadków Jehowy. To oraz upodobanie do wytwarzania dziwnie bezużytecznego „rękodzieła” stanowią podstawę jej tożsamości. Nicky większość ubrań szyje sobie sama i jest chorobliwie oszczędna, ale bardzo szczodrze dzieli się swoim niewielkim majątkiem. Co piątek przynosi mi przysmak, który poprzedniego wieczoru, po spotkaniu w Kingdom Hall, wygrzebała ze śmietnika za supermarketem Morrisons w Stranraer; rytuał ten nazywa piątkowym łasuchowaniem. Jej synowie określają ją mianem „flejtuchowatej cyganki”, ale Nicky wrosła w krajobraz antykwariatu tak mocno jak książki i bez niej to miejsce straciłoby mnóstwo uroku. Choć dzisiaj nie jest piątek, przyniosła mi obrzydliwy prezent z supermarketowego śmietnika – paczkę samos, które tak namokły, że zbiły się w bezkształtną masę. Nicky wbiegła, żeby schronić się przed deszczem, wcisnęła mi opakowanie pod nos i powiedziała: „No zobacz tylko, samosy. Cudnie”. Następnie skonsumowała jedną z nich, rozrzucając wilgotne okruchy na ladzie i po podłodze.

W lecie zatrudniam studentki – jedną lub dwie – dzięki czemu mogę oddawać się zajęciom, które uprzyjemniają życie w Galloway. Pisarz Ian Niall wyznał, że kiedy jako dziecko usłyszał w szkółce niedzielnej określenie „kraina mlekiem i miodem płynąca”, myślał, że odnosi się ono do Galloway – częściowo dlatego, że w spiżarni na farmie, gdzie dorastał, produktów tych nigdy nie brakowało, ale również dlatego, że teren ten jawił mu się jako raj. Podzielam tę miłość. Dzięki dziewczynom, które zatrudniam dorywczo, mogę pozwolić sobie na luksus spontanicznych wypadów na ryby, górskie wędrówki albo pływanie. Nicky zwraca się do współpracowniczek per „kochaniutkie”.

Pierwszym klientem (o dziesiątej trzydzieści) był jeden z niewielu naszych stałych bywalców, pan Deacon. To elokwentny dżentelmen po pięćdziesiątce, z brzuszkiem typowym dla stroniących od sportu mężczyzn w średnim wieku. Ciemne, przerzedzone włosy zaczesuje na pożyczkę, tak jak niektórzy łysiejący faceci bezskutecznie usiłujący przekonać innych, że nadal mają bujną czuprynę. Można powiedzieć, że jest dość elegancki, bo ma dobrze skrojone ubrania, tyle że nie nosi ich jak należy: nie zwraca uwagi na takie szczegóły jak poły koszuli, guziki czy rozporki. Wygląda to tak, jakby ktoś załadował jego ubrania do armaty, potem je na niego wystrzelił, a one jakoś przylgnęły i tak już zostały. Pod wieloma względami jest klientem idealnym: nigdy się nie rozgląda i przychodzi tylko wtedy, kiedy dokładnie wie, czego chce. Jego zamówieniom zwykle towarzyszy recenzja książki wycięta z „Timesa”, którą podsuwa osobie aktualnie stojącej za kasą. Wyraża się zwięźle i precyzyjnie, nie wdaje się w pogawędki, ale nigdy też nie jest nieuprzejmy i zawsze płaci przy odbiorze. Poza tym nie wiem o nim nic więcej; nie znam nawet jego imienia. Właściwie to zastanawiam się, dlaczego zamawia książki u mnie, skoro łatwo mógłby robić to na Amazonie. Może nie ma komputera. Może nie chce go mieć. A może jest przedstawicielem wymierającego gatunku ludzi, którzy wiedzą, że jeśli chcą, żeby księgarnie przetrwały, muszą je wspierać.

W południe do lady podeszła kobieta w bojówkach i w berecie, która położyła przede mną sześć książek, w tym dwa niemal nowe, cenne albumy o sztuce, w idealnym stanie. Podliczyłem, że powinna zapłacić 38 funtów, a kiedy poprosiła o zniżkę, zaproponowałem 35 funtów. „A nie obniżyłby pan do 30?” Kiedy klienci, którym oferuje się zniżkę na produkty już i tak kosztujące ułamek swojej pierwotnej ceny, domagają się rabatu o kolejne 30 procent, bardzo nadweręża to moją wiarę w ludzką przyzwoitość. Odmówiłem, a ona zapłaciła 35 funtów. W pełni zgadzam się teraz z Janet Street-Porter, która zasugerowała, że każdy, kto nosi bojówki, powinien zostać zrzucony na spadochronie do strefy zdemilitaryzowanej.

W kasie: 274 funty i 9 pensów*

Liczba klientów: 27

CZWARTEK, 6 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 6

Zrealizowane zamówienia: 5

Z całego inwentarza stu tysięcy książek dziesięć tysięcy wystawiamy online. Ich spis zamieszczamy w bazie danych zwanej Monsoon, która przekazuje je do Amazona i Abe Books. Dziś klient z Amazona napisał komentarz dotyczący książki Dlaczego istnieje raczej coś niż nic**. Treść skargi brzmiała następująco: „Nadal nie otrzymałem książki. Proszę o rozwiązanie tej sprawy. Jak na razie nie wystawiłem Państwu żadnej opinii”. Takie słabo skrywane skargi są coraz częstsze ze względu na system ocen Amazona i pozbawionych skrupułów klientów, którzy czasem wykorzystują go do wymuszania częściowego, a nawet całkowitego zwrotu kosztów, kiedy nie dostali zamówienia na czas. Książka, o której mowa, została wysłana w zeszły wtorek i powinna była już dotrzeć, więc albo klient chce wyłudzić zwrot, albo wystąpił jakiś problem z Royal Mail, co zdarza się niezwykle rzadko. Odpisałem, żeby poczekał do poniedziałku, a jeśli do tego czasu książka nie przyjdzie, zwrócimy mu pieniądze.

Po lunchu przejrzałem pudła z literaturą teologiczną, które w zeszłym tygodniu przyniósł emerytowany pastor Kościoła Szkocji. Z reguły chętnie przyjmujemy zbiory poświęcone jednemu tematowi, bo w nich prawie na pewno znajdzie się kilka rzadkich okazów, za które kolekcjonerzy są skłonni sporo zapłacić. Teologia jest prawdopodobnie jedynym wyjątkiem od tej reguły, co potwierdziło się dzisiaj: nie trafiłem na nic cennego.

O piątej zamknąłem antykwariat i poszedłem kupić coś na kolację. Ostatnio w lewej kieszeni spodni zrobiła mi się dziura, o której zapominam i ciągle wkładam tam drobniaki. Wieczorem, kiedy rozbierałem się do łóżka, w lewym bucie znalazłem funta i 22 pensy.

W kasie: 95 funtów i 50 pensów

Liczba klientów: 6

PIĄTEK, 7 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 2

Zrealizowane zamówienia: 2

Dzień był piękny i słoneczny. Nicky przyjechała trzynaście po dziewiątej, ubrana w czarny kanadyjski kombinezon narciarski, który kupiła w sklepie charytatywnym w Port William za 5 funtów. Od listopada do kwietnia jest to jej standardowy strój roboczy. W wielkim watowanym owerolu przeznaczonym do sportów zimowych wygląda jak zagubiony teletubiś. W okresie jesienno-zimowym Nicky nieustannie skarży się na temperaturę w sklepie, gdzie rzeczywiście jest chłodnawo. Nicky jeździ niebieskim minibusem, który idealnie pasuje do jej zbierackiego stylu życia. Usunęła wszystkie siedzenia i teraz może wozić najróżniejsze zdobycze: od worków z nawozem po połamane krzesła biurowe. Nicky nazwała busik Bluebell [dzwoneczek], a ja ochrzciłem go Bluebottle [żuk, mucha, dosłownie: niebieska butelka], bo ogólnie rzecz biorąc, to właśnie zawiera.

O dziewiątej przyszedł Norrie (były pracownik, teraz stolarz freelancer), żeby naprawić dach Lisiej Nory, letniskowej chatki w ogrodzie.

W ciągu ostatnich piętnastu lat pracownicy przychodzili i odchodzili, ale jeszcze do niedawna zawsze zatrudniałem na pełny etat przynajmniej jedną osobę. Niektórzy byli wspaniali, inni – dość okropni, niemal ze wszystkimi nadal się przyjaźnię. Na początku brałem do pomocy studentów, którzy w lecie pracowali w soboty, czego nie lubili robić stali pracownicy. Między rokiem 2001 a 2008, mimo wyraźnej tendencji do zakupów przez internet, obroty wrastały ciągle i znacząco. Później, po upadku Lehman Brothers we wrześniu 2008 roku, nastąpiła wielka zapaść i wróciliśmy do punktu wyjścia z 2001, tyle że w tłustych latach nasze koszty własne znacznie wzrosły.

Kilka lat temu razem z Norriem wybudowaliśmy Lisią Norę. Podczas dorocznego festiwalu książki w Wigtown wykorzystujemy ją do małych ekscentrycznych wydarzeń. W zeszłym roku najbardziej wytatuowany mężczyzna w Szkocji wygłosił tam dwudziestominutową prelekcję na temat historii tatuażu. Podczas przemówienia rozebrał się do slipek, żeby zilustrować poszczególne elementy wywodu. Pewna starsza pani, która uznała budynek za toaletę, nieopatrznie weszła do Lisiej Nory pod koniec pogadanki i zobaczyła roznegliżowanego prelegenta. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek się otrząsnęła.

Na odchodnym Norrie wdał się z Nicky w zażartą dyskusję. Usłyszałem tylko końcówkę, ale chyba spierali się o ewolucję. To ulubiony temat Nicky i często się zdarza, że tytuł O powstawaniu gatunków znajduję w dziale „fikcja”, bo ona go tam przenosi. W odwecie wkładam egzemplarze Biblii między powieści.

Przeglądając zbiór teologiczny przyniesiony przez emerytowanego pastora, trafiłem na książkę pod tytułem Gay Agony [szczęśliwa agonia, ale też: agonia gejowska] autorstwa, ironio, H.A. Manhooda [męskość], który, jak się okazało, mieszkał w przerobionym wagonie kolejowym w Sussex.

W kasie: 67 funtów

Liczba klientów: 4

SOBOTA, 4 LUTEGO

Zamówienia internetowe: 4

Zrealizowane zamówienia: 4

Do pracy przyszła dziś Nicky, żebym ja mógł pojechać do Leeds i przejrzeć prywatny zbiór sześciuset książek o lotnictwie. Wyruszyliśmy z Anną o dziesiątej, a Nicky na pożegnanie udzieliła mi rady: „Obejrzyj te książki, wymyśl cenę, a potem podziel ją na pół”. Powiedziała mi też, że kiedy nadejdzie apokalipsa (czy jej wersja końca świata – kiedy zaczyna o religii, nie słucham zbyt uważnie), i na Ziemi zostaną tylko świadkowie Jehowy, zamierza wejść do mojego mieszkania i zabrać wszystkie rzeczy. Właśnie z tą myślą ogląda stojące u mnie meble.

Młodsza ode mnie o dwanaście lat Anna, amerykańska pisarka, jest moją partnerką. Czteropokojowe mieszkanie nad antykwariatem dzielimy z czarnym kotem, który nazywa się Kapitan na cześć kapitana Toma Cata z Pod mlecznym lasem. Anna pracowała dla NASA w Los Angeles i w 2008 roku przyjechała w wakacje do Wigtown, żeby zrealizować swoje marzenie: zawsze chciała pracować w szkockiej księgarni niedaleko morza. Natychmiast się sobie spodobaliśmy i niedługo po powrocie do Kalifornii postanowiła znów przyjechać. W 2012 roku jej historią zainteresowała się Anna Pasternak, dziennikarka, która odwiedzała Wigtown w czasie festiwalu książki, i opisała ją dla „Daily Mail”. Wkrótce potem do mojej Anny zwrócił się wydawca z propozycją napisania wspomnień. W rezultacie w 2013 roku Short Books opublikowało pierwszą książkę Anny: Three Things You Need to Know About Rockets [„Trzy rzeczy, które musisz wiedzieć o rakietach”]. Mimo sukcesu literackiego Anna przyznaje, że jest „lingwistyczną impresjonistką” – często, kiedy mówi, wymyśla język na nowo, co jest zarazem urocze, jak i frustrujące. Stosuje technikę polegającą na interpretowaniu słów, które słyszy przez częściowo zatkane uszy, i powtarzaniu ich w wersji, która trochę przypomina oryginał, tyle że z zatartymi granicami. Powstaje w ten sposób miejscami niezrozumiała zupa słowna doprawiona garstką wyrazów w jidysz, których nauczyła się od babci.

Kobieta, która sprzedaje książki o lotnictwie, zadzwoniła w zeszłym tygodniu w dość pilnej sprawie. Zbiór należał do jej zmarłego przed rokiem męża. Ona sprzedała dom i w marcu musi się wyprowadzić. Przyjechaliśmy do niej o trzeciej. Moją uwagę natychmiast zwróciło to, że gospodyni nosi perukę, a na podłodze przy drzwiach i pod oknami rozsypane są kasztany. Wyjaśniła, że mąż zmarł na raka, a ona sama teraz leczy się na ten sam nowotwór. Zbiór znajdował się na zaadaptowanym strychu, na który wiodły wąskie schody. Negocjowanie ceny zajęło trochę czasu, ale w końcu uzgodniliśmy 750 funtów za około trzysta książek. Nie miała nic przeciwko temu, żebym nie brał reszty. Gdyby tylko zawsze tak było. Najczęściej ludzie chcą się pozbyć całej kolekcji, zwłaszcza jeśli chodzi o masę spadkową. Razem z Anną zapakowaliśmy do vana czternaście pudeł i ruszyliśmy do domu. Kobieta z wyraźną ulgą pożegnała się ze zbiorem, którym pasjonował się jej mąż. Choć sama nie podzielała jego zainteresowań, wiedziała, że likwidacja tej kolekcji nie będzie dla niej łatwa. Przed odjazdem Anna zapytała ją jeszcze, dlaczego na podłodze leżą kasztany. Okazało się, że kobieta (zresztą tak jak i Anna) boi się pająków, a kasztany ponoć wydzielają substancję chemiczną, która je odstrasza.

 

Vana (czerwone renault trafic) kupiłem dwa lata temu i zajeździłem go niemal na śmierć. Nawet podczas króciutkich przejazdów ludzie witają mnie entuzjastycznym machaniem, biorąc mnie za swojego listonosza.

Zbiór o lotnictwie zawiera dwadzieścia dwa tomy Putnam Aeronautical Books. To seria poświęcona producentom samolotów i poszczególnym typom statków powietrznych takim jak fokker, hawker, supermarine, rocket aircraft. Dotychczas sprzedawały się dobrze zarówno w internecie, jak w sklepie – cena jednego tomu oscylowała między 20 a 40 funtami. Ofertę za całość oparłem zatem na założeniu, że dość szybko sprzedam putnamy i odzyskam poniesione koszty.

Wiele transakcji zaczyna się od tego, że dzwoni do mnie zupełnie obca osoba i tłumaczy, że niedawno zmarł jej ktoś bliski i to mój interlokutor musi pozbyć się książek nieboszczyka. Oczywiście często jest tak, że dzwoniący nadal jest pogrążony w żałobie, więc praktycznie niemożliwe jest, żeby smutek choć w niewielkim stopniu nie udzielił się i mnie. Przeglądanie księgozbioru daje wgląd w życie właściciela, jego zainteresowania i w jakiejś mierze w jego osobowość. Teraz, nawet kiedy odwiedzam znajomych, przyciągają mnie półki z książkami, które mogą odsłonić przede mną jakąś ukrytą dotychczas prawdę o nich. Moja własna kolekcja jest tego najlepszym przykładem – wśród literatury współczesnej i pozycji na temat szkockiej sztuki i historii, które dominują, trafić można na przykład na Talk Dirty Yiddish [„Jak przeklinać w jidysz”] and Collectable Spoons of the Third Reich [„Kolekcjonerskie łyżki III rzeszy”]. Pierwszą dostałem od Anny, a drugą – od Mike’a, mojego przyjaciela.

Z Leeds wracaliśmy przez Ilkley Moor w deszczu ze śniegiem i do domu dotarliśmy o siódmej. Kiedy otworzyłem drzwi, na podłodze czekały na mnie stosy książek i mnóstwo pudeł, a w skrzynce e-mailowej fura wiadomości. Nicky czerpie sadystyczną przyjemność z rozstawiania kartonów po całym sklepie – pewnie dlatego, że wie, jak dużą wagę przywiązuję do porządkowania, zwłaszcza podłóg. Jako osoba z natury niechlujna uważa, że moje pragnienie porządku i organizacji jest niezwykle ekscentryczne i zabawne, więc celowo wprowadza w sklepie chaos, a kiedy ją strofuję, nazywa mnie pedantycznym neurotykiem.

W kasie: 77 funtów i 50 pensów

Liczba klientów: 7