Gdybyś mnie teraz zobaczyłTekst

Märgi loetuks
Kuidas lugeda raamatut pärast ostmist
Šrift:Väiksem АаSuurem Aa


Tytuł oryginału: If You Could See Me Now

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Copyright © 2006 Cecelia Ahern

All rights reserved.

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2013, 2020

© for the Polish translation by Joanna Grabarek

ISBN 978-83-287-1326-0

Wydawnictwo Akurat

Wydanie II

Warszawa 2020

Ogromne podziękowania za wszystko

dla całej mojej rodziny: Mimmie, Taty,

Georginy i Nicky – nie mogłabym o nich zapomnieć,

nawet gdybym chciała. Davidowi, który robi

najlepszą kawę w okolicy – dziękuję za opiekę

i za niewzruszoną wiarę w książkę.

Wyrazy niezmiernej wdzięczności dla mojej wspaniałej

agentki Marianne za nieustanne zachęcanie mnie

do pisania, za ciepłe bułeczki, herbatę i dobre rady.

Również dla Pat i Vicki z wiadomej agencji

za zaopiekowanie się wiadomą sprawą.

Dziękuję Lynne i Maxine oraz wszystkim pracownikom

HarperCollins za wiarę we mnie i za ich ciężką pracę.

Wszystkim moim Czytelnikom, starym i nowym,

mam nadzieję, że ta książka spodoba się Wam tak bardzo,

jak mnie. Pracowałam nad nią z prawdziwą radością.

Najważniejsze podziękowania składam Ivanowi,

za to, że zawsze towarzyszył mi w moim gabinecie.

Jak sądzisz, uwierzą w naszą historię?

Dla Georginy, która wierzy…

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

1

Najlepszym przyjacielem Luke’a zostałem pewnego piątkowego poranka, w czerwcu. Dokładnie kwadrans po dziewiątej. Pamiętam godzinę, ponieważ spojrzałem wtedy na zegarek. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem, ponieważ nie byłem nigdzie umówiony. Wierzę jednak, że wszystko ma swój cel, więc być może sprawdziłem wtedy godzinę, żeby teraz móc opowiedzieć wam tę historię ze szczegółami. Szczegóły są przecież bardzo ważne, prawda?

Tamtego poranka ucieszyłem się z poznania Luke’a, ponieważ byłem nieco przygnębiony z powodu pożegnania się z moim poprzednim przyjacielem, Barrym. Nie mógł mnie już dłużej widywać, ale to nie szkodzi. Wiem, że jest teraz szczęśliwszym człowiekiem, a to przecież najważniejsze. Pozostawianie przyjaciół samym sobie jest częścią mojej pracy – niezbyt przyjemną, ale uważam, że we wszystkim należy doszukiwać się pozytywów. Przecież gdybym nie zostawiał starych przyjaciół, nigdy nie poznawałbym nowych, a to ostatnie jest zdecydowanie moim ulubionym zajęciem. Dlatego też zapewne zaoferowano mi posadę w mojej firmie.

O tym, co robię, nieco później – najpierw chciałbym dokończyć opowieść o tamtym poranku, kiedy poznałem swojego nowego przyjaciela Luke’a.

Zamknąłem za sobą bramę prowadzącą do ogrodu Barry’ego i ruszyłem przed siebie. Bez żadnego powodu skręciłem w pierwszą ulicę w lewo, potem w prawo i znów w lewo. Wędrowałem przez jakiś czas prosto, a potem skręciłem jeszcze raz w prawo i wylądowałem w pobliżu grupki domów na Fuchsia Lane. Przypuszczam, że nazwa owego zaułka pochodziła od fuksji rosnących w każdym ogrodzie. Tutaj to dzikie kwiaty.

Przepraszam, kiedy mówię „tutaj”, mam na myśli Baile na gCroíthe, czyli miasto w hrabstwie Kerry, w Irlandii. W ciągu stuleci stało się znane wśród Anglików jako Hartstown, ale celtycka nazwa oznacza Miasto Serc. Uważam, że jest dużo ładniejsza.

Ucieszyłem się, że znowu tutaj trafiłem. Pracowałem w tym miasteczku na samym początku kariery, ale było to już bardzo dawno temu. Mój zawód wymaga podróżowania po całym kraju, czasem nawet za granicę lub na inne kontynenty, jeżeli moi przyjaciele wyjeżdżają na wakacje i decydują się zabrać mnie ze sobą. Bo gdziekolwiek są, zawsze chcą mieć przy sobie najlepszego przyjaciela.

Przy Fuchsia Lane stało dwanaście różnych domów, sześć po każdej stronie uliczki. Na dworze znajdowało się mnóstwo ludzi. Pamiętajcie, był to piątkowy poranek, czerwiec, a więc ulica skąpana była w słońcu i wszyscy byli w wyśmienitych humorach. No, może nie wszyscy.

Na ulicy bawiły się dzieci, jeździły na rowerach, grały w berka, w klasy, w kapsle i robiły wiele innych przyjemnych rzeczy. Wydawały radosne okrzyki i śmiały się w głos. Cieszyły się, że mają wakacje. Mimo że wszystkie dzieci były bardzo miłe, jakoś mnie do nich nie ciągnęło. Nie potrafię się zaprzyjaźnić z kimkolwiek. Nie na tym polega moja praca.

Przed jednym z domów mężczyzna kosił trawnik, zaś kobieta w ubłoconych rękawiczkach zajmowała się rabatką. Zapach świeżo skoszonej trawy i odgłosy przycinania, przystrzygania i oskubywania były niczym muzyka życia. W ogrodzie obok inny mężczyzna mył samochód. Pogwizdując pod nosem melodię, której nie znałem, kierował na karoserię silny strumień wody z gumowego węża i przyglądał się z zadowoleniem, jak płaty piany spływają w dół po lśniącym czystością lakierze. Od czasu do czasu odwracał się i polewał wodą dwie małe dziewczynki ubrane w żółte kostiumy kąpielowe w czarne paski. Bardzo mi się podobało, kiedy chichotały radośnie, moknąc w deszczu z gumowego węża. Na następnym podjeździe dziewczynka i chłopiec grali w klasy. Przyglądałem się im przez chwilę, ale żadne z nich na mnie nie zareagowało, więc poszedłem dalej.

W każdym ogrodzie bawiły się dzieci, ale nie widziały mnie ani nie zapraszały do wspólnej zabawy. Mijali mnie ludzie na rowerach, deskorolkach, zdalnie sterowane samochody przejeżdżały z wizgiem obok moich stóp. Nikt mnie nie dostrzegał i zacząłem podejrzewać, że moje pojawienie się na Fuchsia Lane to pomyłka. Zdziwiłem się nieco, ponieważ zazwyczaj dobrze wybierałem miejsca, a tutaj było bardzo dużo dzieci. Przycupnąłem na murku otaczającym ogród przed ostatnim domem i zacząłem się zastanawiać, w którym momencie mogłem pomylić drogę.

Po kilku minutach doszedłem do wniosku, że jednak znalazłem się we właściwym miejscu. Bardzo rzadko gubię drogę. Odwróciłem się i spojrzałem na dom, przy którym się zatrzymałem. Ogród był pusty, więc zacząłem się uważnie przyglądać budynkowi. Był piętrowy, z wybudowanym z boku garażem, przed którym stał drogi samochód, połyskując w słońcu karoserią. Na murku otaczającym posesję widniała tabliczka z napisem: Dom Fuksji. Rzeczywiście, fuksje były tu wszędzie, pięły się po ścianie, wczepiając w brązowe cegły nad drzwiami i sięgając stamtąd do samego dachu. Był to piękny widok. Część domu była pomalowana na miodowy kolor, w innych miejscach widniały brązowe cegły. Niektóre okna miały kształt kwadratu, inne koła. Naprawdę, ten dom wydał mi się niezwykły. Drzwi w kolorze fuksji miały dwa podłużne okienka z matowym szkłem w górnych panelach, na środku ogromną kołatkę, a poniżej skrzynkę na listy. Wyglądały jak twarz z wielkimi oczami, nosem i uśmiechającymi się do mnie ustami. Pomachałem i uśmiechnąłem się w odpowiedzi. W końcu kto to wie?

W tej właśnie chwili drzwi się otworzyły, a potem gniewnie zostały zatrzaśnięte przez chłopca, który trzymał pod prawą pachą ogromny czerwony model wozu strażackiego, w lewej zaś dłoni samochód policyjny. Uwielbiam wozy strażackie. To moje ulubione samochody.

 

Chłopiec zeskoczył z najwyższego stopnia schodów prowadzących na ganek, pobiegł na trawę i upadł na kolana. Na nogawkach czarnych dresów miał mnóstwo zielonych śladów po trawie, co bardzo mnie rozśmieszyło. Plamy po trawie są zabawne, ponieważ nigdy nie schodzą w praniu. Razem z moim starym przyjacielem Barrym często ślizgaliśmy się po świeżej trawie.

Mały chłopiec bawiący się w ogrodzie Domu Fuksji zaczął zderzać ze sobą oba samochody, wydając przy tym odpowiednie dźwięki naśladujące kolizję. Był w tym naprawdę dobry. Bawiliśmy się kiedyś w podobny sposób z Barrym. Bardzo fajnie jest udawać, że robi się rzeczy, które zazwyczaj nie zdarzają się w prawdziwym życiu.

Chłopiec uderzył samochodem policyjnym w wóz strażacki z taką siłą, że dowódca strażaków zleciał z drabiny i upadł na trawę. Roześmiałem się na głos, a chłopiec podniósł głowę i spojrzał na mnie.

Naprawdę. Spojrzał mi prosto w oczy.

– Hej – chrząknąłem nerwowo i przestąpiłem z nogi na nogę. Miałem na sobie moje ulubione błękitne tenisówki Converse. Ich podeszwy nadal nosiły ślady po trawie z czasów mojej znajomości z Barrym. Zacząłem wycierać buty o kamienny murek, żeby je nieco oczyścić. Jednocześnie zastanawiałem się nad tym, co powiedzieć. Bardzo lubię poznawać nowych przyjaciół, ale w decydującej chwili zawsze się denerwuję. Przecież może się zdarzyć, że ktoś mnie nie polubi. Na samą myśl o tym ściska mnie w dołku. Do tej pory miałem dużo szczęścia, ale przecież nie musi tak być zawsze.

– Hej – odparł chłopiec, mocując z powrotem strażaka na wozie.

– Jak masz na imię? – spytałem, nadal czyszcząc tenisówki. Ślady po trawie oczywiście nie chciały zniknąć.

Chłopiec przyglądał mi się przez chwilę, jakby zastanawiał się, czy powinien odpowiedzieć na moje pytanie. Tego właśnie szczerze nie cierpię w mojej pracy. To bardzo niemiłe, kiedy pragnie się zaprzyjaźnić z kimś, kto nie ma na to ochoty. Czasami się to zdarza, ale ostatecznie wszyscy dają się przekonać, bo świadomie lub nieświadomie chcą, żebym był w pobliżu.

Chłopiec miał bardzo jasne włosy i wielkie niebieskie oczy. Jego twarz wydała mi się znajoma, ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd.

– Mam na imię Luke – odezwał się wreszcie. – A ty?

Wepchnąłem dłonie do kieszeni spodni i skoncentrowałem się na kopaniu prawą nogą murku. Cegły kruszyły się i ich odłamki spadały na chodnik.

– Ivan – odparłem, nie patrząc na chłopca.

– Cześć, Ivan – uśmiechnął się. Nie miał przednich zębów.

– Cześć, Luke – odpowiedziałem. To był dobry początek. – Podoba mi się twój wóz straży ogniowej. Mój przy… mój były przyjaciel Barry też taki miał i cały czas się nim bawiliśmy. Szkoda tylko, że nie może wjeżdżać w ogień, bo się topi – stwierdziłem, nadal trzymając ręce w kieszeni. Zgarbione ramiona częściowo zasłaniały mi uszy. Trochę gorzej przez to słyszałem, więc w końcu wyprostowałem się, żeby lepiej docierały do mnie słowa Luke’a.

– Próbowaliście wjechać wozem strażackim w ogień? – Luke zaczął tarzać się po trawie ze śmiechu.

– W końcu przecież to wóz straży ogniowej, co nie? – odparłem.

Luke przekręcił się na plecy i zaczął kopać nogami powietrze.

– Nie, ty głupku! Wozy strażackie służą do gaszenia ognia! – zarechotał.

Zastanowiłem się nad tym przez chwilę.

– Hmm. No tak. Powiem ci, co może zgasić wóz strażacki, Luke – odparłem. – Woda.

Luke klepnął się w czoło.

– Nie mów! – wykrzyknął, zrobił zeza i znowu rzucił się na trawę.

Roześmiałem się. Luke był naprawdę zabawny.

– Chcesz się ze mną pobawić? – uniósł pytająco brwi.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– Jasne! – zawołałem i przeskoczyłem przez murek.

– Ile ty masz lat? – Luke przyjrzał mi się podejrzliwie. – Wyglądasz tak samo staro jak moja ciocia – zmarszczył brwi. – Ona wcale nie lubi się bawić wozem strażackim.

Wzruszyłem ramionami.

– W takim razie twoja ciocia to stara nudna araizdun!

– Araizdun?! – wykrzyknął zdumiony Luke. – Co to jest araizdun?

– Nudziara – odparłem, zatykając nos i wypowiadając to słowo w taki sposób, jakby śmierdziało. Lubiłem mówić wspak. To zupełnie jak wymyślanie własnego języka.

– Nudziara – powtórzył Luke i też zatkał nos. – Łeee!

– A ty, ile masz lat? – spytałem Luke’a, zderzając samochód policyjny z wozem strażackim. Szef strażaków znowu odpadł od drabiny. – Wyglądasz tak samo staro jak moja ciotka – dodałem oskarżycielsko. Luke zaczął turlać się ze śmiechu.

– Mam tylko sześć lat, Ivan, i nie jestem dziewczyną!

– Och – tak naprawdę wcale nie mam cioci, ale powiedziałem tak, żeby go rozśmieszyć. – Sześć lat to wcale nie tak mało.

Właśnie miałem zapytać go, jaką kreskówkę lubi najbardziej, kiedy drzwi do domu otworzyły się i usłyszałem wrzask. Luke zbladł, ja zaś podążyłem za jego wzrokiem.

– SAOIRSE, ODDAJ MI KLUCZYKI! – krzyknął ktoś rozpaczliwie. Z domu wybiegła zagniewana kobieta z długimi, rudymi, przetłuszczonymi włosami, zwisającymi w strąkach z obu stron twarzy. Kolejny wrzask dobiegający z głębi domu sprawił, że potknęła się na schodku. Przeklęła głośno i oparła się o ścianę dla złapania równowagi. Spojrzała przed siebie, prosto na nas. Jej usta rozszerzyły się w uśmiechu, odsłaniając rząd krzywych, pożółkłych zębów. Cofnąłem się nieco i zauważyłem, że Luke zrobił to samo. Kobieta pokazała mu uniesiony do góry kciuk.

– Na razie, mały – zaskrzeczała. Odepchnęła się od ściany, lekko zachwiała i szybkim krokiem ruszyła w stronę zaparkowanego na podjeździe samochodu.

– SAOIRSE! – wrzasnęła piskliwie kobieta w głębi domu. – JEŻELI DOTKNIESZ DRZWI SAMOCHODU, ZADZWONIĘ DO GARDAÍ[1]!

Rudowłosa prychnęła i nacisnęła pilot. Samochód pisnął i zamrugał światłami. Kobieta otworzyła drzwi, wdrapała się do środka, uderzając się przy tym w głowę, znowu zaklęła głośno i zatrzasnęła za sobą drzwi. Z naszego końca ogrodu słyszałem, jak zabezpiecza od wewnątrz zamki. Kilkoro dzieci na ulicy przerwało zabawę i przyglądało się scenie rozgrywającej się przed ich oczami.

Wreszcie z domu wynurzyła się właścicielka piskliwego głosu. Wybiegła z telefonem w ręku. Wyglądała zupełnie inaczej niż ta pierwsza pani. Włosy miała schludnie związane w kok z tyłu głowy. Ubrana była w eleganckie szare spodnium, które zupełnie nie pasowało do piskliwego, niekontrolowanego głosu. Ona również była czerwona ze zdenerwowania i z trudem oddychała. Jej pierś falowała gwałtownie, gdy biegła w kierunku samochodu najszybciej jak mogła w butach na wysokich obcasach. Dopadła wreszcie drzwi i próbowała je otworzyć. Kiedy zorientowała się, że są zablokowane, zagroziła, że skontaktuje się z policją.

– Dzwonię na policję, Saoirse – ostrzegła, machając telefonem tuż przed przednią szybą samochodu.

Rudowłosa tylko wyszczerzyła zęby w uśmiechu i włączyła silnik. Kobieta z telefonem zaczęła błagać ją łamiącym się głosem, żeby wysiadła z wozu. Przestępowała z nogi na nogę. Wyglądała jak ktoś, kto gotuje się we własnym ciele i za wszelką cenę chce się z niego wydostać, zupełnie jak Hulk.

Samochód ruszył ostro w dół podjazdu. W połowie drogi zwolnił. Kobieta z telefonem chyba poczuła ulgę, bo jej ramiona rozluźniły się nieco. Zamiast jednak zatrzymać się, samochód nadal sunął powoli do tyłu. Przez okno od strony kierowcy Saoirse wystawiła dłoń z wyprostowanym środkowym palcem, tak żeby wszyscy sąsiedzi zobaczyli jej gest.

– E tam, niedługo wróci – stwierdziłem. Luke spojrzał na mnie dziwnie.

Kobieta z telefonem obserwowała przerażona, jak samochód odjeżdża, o mały włos nie potrącając przy tym jedno z bawiących się na ulicy dzieci. Z jej ciasnego koka wysunęło się kilka pasemek, jakby chciały pofrunąć w pogoni za znikającym wozem.

Luke opuścił głowę i w milczeniu zainstalował strażaka z powrotem na drabinie. Kobieta z telefonem wydała rozpaczliwy pisk, wyrzuciła ramiona w górę i obróciła się na pięcie. Rozległ się trzask, gdy jeden z obcasów jej buta zablokował się w szczelinie pomiędzy kostkami bruku i nadłamał się. Kobieta szarpnęła kilka razy nogą i but oderwał się wreszcie od obcasa, który pozostał między kamieniami.

– CHOLERA JASSSSSNA! – wrzasnęła i pokulała do domu. Drzwi w kolorze fuksji zamknęły się za nią z trzaskiem. Okna, kołatka i skrzynka na listy znowu się do mnie uśmiechnęły. Ja do nich też.

– Do kogo się uśmiechasz? – Luke był wyraźnie niezadowolony.

– Do drzwi – wyjaśniłem, chociaż przecież było to oczywiste.

Luke jednak wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem. Był tak zafrapowany moją dziwną odpowiedzią, że zapomniał o tym, co się tu przed chwilą rozegrało.

Zajrzeliśmy przez okno do wnętrza domu, gdzie kobieta z telefonem przemierzała raz po raz korytarz.

– Kim ona jest? – spytałem.

Luke wydawał się wyraźnie wstrząśnięty pytaniem.

– To moja ciocia – odparł szeptem. – Opiekuje się mną.

– Ach tak. A ta kobieta w samochodzie?

Luke powoli prowadził wóz strażacki przez trawę, miażdżąc kołami kolejne źdźbła.

– Ona? To Saoirse – powiedział cicho. – Moja mama.

– Aha – zapadła cisza. Wiedziałem, że Luke jest smutny. – Seersza – powtórzyłem jej imię. Podobało mi się jego brzmienie. Było jak podmuch wiatru, jak mowa drzew w wietrzne dni. – Seeeeerszzzzzzzzzzza… – przerwałem, bo Luke zaczął mi się dziwnie przyglądać.

Zerwałem rosnący na trawniku jaskier i podetknąłem go pod brodę chłopca. Jego skórę rozświetliła delikatna żółta poświata.

– Dobrze ci w żółtym – powiedziałem. – Czyli Saoirse nie jest twoją dziewczyną?

Twarz Luke’a rozpromieniła się w uśmiechu. Zachichotał, choć już nie tak radośnie.

– Kto to jest ten Barry, o którym mówiłeś? – spytał, wjeżdżając wozem strażackim w mój samochód policyjny mocniej niż przedtem.

– Barry McDonald – uśmiechnąłem się na wspomnienie zabaw z moim byłym przyjacielem.

Oczy Luke’a rozjaśniły się.

– Barry McDonald chodzi ze mną do jednej klasy!

Wtedy zrozumiałem.

– Wiedziałem, że skądś cię znam, Luke. Widywałem cię codziennie, kiedy chodziłem do szkoły z Barrym.

– Chodziłeś do szkoły z Barrym? – spytał zaskoczony.

– Tak. Było bardzo zabawnie – roześmiałem się.

Oczy Luke’a zwęziły się w szparki.

– Ale ja ciebie nigdy nie widziałem – powiedział.

Zacząłem się głośno śmiać.

– Oczywiście, że mnie nie widziałeś, ty głupku – odparłem po prostu.

2

Serce Elizabeth waliło w piersi, gdy, już w nowych butach, przemierzała korytarz wyłożony klonowymi klepkami. Ściskała mocno telefon między uchem a ramieniem, słuchała głośnych dźwięków sygnału połączenia, a w jej głowie kłębiły się setki myśli.

Przystanęła, spojrzała na swoje odbicie w lustrze i rozwarła z przerażenia ciemne oczy. Rzadko pozwalała sobie na tak bezładny wygląd. Zupełnie straciłam kontrolę nad sytuacją. Pasemka czekoladowobrązowych włosów wysunęły się z ciasnego warkocza, ułożonego w kok i Elizabeth wyglądała, jakby ktoś na chwilę podłączył ją do gniazdka elektrycznego. Rozmazany tusz do rzęs wbił się w kurze łapki w kącikach oczu, szminka znikła z ust, pozostawiając zarys konturówki, podkład zaś utrzymał się jedynie na suchych fragmentach oliwkowej skóry. Nienaganny wygląd Elizabeth znikł niczym sen złoty. Serce zaczęło walić, zwiastując atak paniki.

Oddychaj, Elizabeth, oddychaj, powtarzała w myślach. Przygładziła drżącą dłonią potargane włosy, wytarła tusz zwilżonym palcem, poprawiła szminkę, wygładziła spodnium i chrząknęła. To tylko chwilowa utrata koncentracji, nic więcej. Nie dopuści, żeby coś takiego znów się wydarzyło.

Przyłożyła telefon do lewego ucha i tak mocno ściskała słuchawkę, że na jej szyi odcisnął się kolczyk Claddagh. Wreszcie ktoś odebrał. Elizabeth odwróciła się od lustra i skoncentrowała na telefonie.

– Dzień dobry, Baile na gCroíthe, posterunek policji.

Elizabeth skrzywiła się, rozpoznając głos rozmówcy.

– Witaj, Marie, dzwoni Elizabeth… znowu. Saoirse uciekła i zabrała samochód. Znowu.

Usłyszała ciche westchnięcie.

– Jak dawno?

Elizabeth przycupnęła na schodach prowadzących na piętro i przygotowała się na zwyczajową serię pytań. Zamknęła na chwilę oczy, żeby dać im odpocząć, ale przyjemność z wizualnego odcięcia się od świata była tak wielka, że postanowiła ich nie otwierać.

– Pięć minut temu.

– Rozumiem. Powiedziała, gdzie się wybiera?

– Na księżyc – odparła Elizabeth zgodnie z prawdą.

– Słucham?

– Tak. – Elizabeth poczuła irytację. – Może zacznijcie szukać jej na autostradzie. Wyobrażam sobie, że jeśli ktoś wybiera się na księżyc, autostradą powinno być najszybciej, nie sądzisz? Chociaż nie jestem pewna, w którym miejscu miałaby z niej zjechać. Przypuszczam, że gdzieś na północy. Może pojechała w kierunku północno-wschodniego Dublina, ale kto wie, równie dobrze może być w drodze do Cork. Może gdzieś tam mają samolot, który zabierze ją z tej planety? W każdym razie, na waszym miejscu sprawdziłabym auto…

 

– Uspokój się, Elizabeth. Wiesz, że muszę zadać te pytania.

– Wiem. – Elizabeth bardzo chciała pójść za radą policjantki. Problem w tym, że w tej właśnie chwili odbywało się bardzo ważne spotkanie, na którym powinna być. Spotkanie istotne dla jej kariery projektantki wnętrz. Specjalnie z tej okazji załatwiła opiekunkę dla Luke’a, w zastępstwie za jego nianię, Edith, która wyjechała kilka tygodni temu na trzymiesięczne wakacje na antypody. Przez ostatnie sześć lat odgrażała się, że to zrobi. Nowa opiekunka nie była przyzwyczajona do zachowania Saoirse. Zadzwoniła do Elizabeth w panice… znowu… i Elizabeth musiała rzucić wszystko… znowu… i pędzić do domu… znowu.

Nieustannie dziwiła się, że Edith codziennie pojawiała się w pracy – oczywiście z wyjątkiem niedawnej wycieczki do Australii. Pomagała Elizabeth zajmować się Lukiem przez sześć dramatycznych lat. Mimo to Elizabeth w każdej chwili oczekiwała telefonu lub listu oznajmiającego, że Edith rezygnuje z pracy. Bycie nianią Luke’a nie było proste. Podobnie jak bycie jego adopcyjnym rodzicem.

– Elizabeth, jesteś tam jeszcze?

– Tak – otworzyła oczy. Traciła koncentrację. – Przepraszam. Co mówiłaś?

– Pytałam, który samochód zabrała.

Elizabeth wywróciła oczami i wykrzywiła się do słuchawki.

– Ten sam, Marie! Ten sam cholerny samochód, co w zeszłym tygodniu i poprzednim, i jeszcze poprzednim – rzuciła ostro.

– Czyli? – Marie pozostała niewzruszona.

– Bmw. Ta sama cholerna czarna bmka 330, kabriolet. Cztery koła, dwoje drzwi, jedna kierownica, dwa lusterka boczne, światła i…

– Tak, tak, wiem – przerwała Marie. – W jakim była stanie?

– Lśniła czystością. Dopiero co ją umyłam – odparła złośliwie Elizabeth.

– Cieszę się. A w jakim stanie była Saoirse?

– W zwykłym.

– Pod wpływem używek?

– Otóż to. – Elizabeth wstała i poszła do rozświetlonej słońcem kuchni. Obcasy zastukały głośno o marmurową podłogę, niosąc się echem w przestronnym, niemal pustym pomieszczeniu.

Wszystko było na miejscu. Promienie słońca wpadały do środka przez szyby konserwatorium, ogrzewając wnętrze. Elizabeth zmrużyła zmęczone oczy. Pomieszczenie lśniło czystością, blaty z czarnego granitu były idealnie wysprzątane, chromowana armatura odbijała jasne światło dnia. Jej kryjówka z nierdzewnej stali i drewna orzechowego.

Elizabeth podeszła prosto do ekspresu do kawy, jej wybawiciela. Była wyczerpana i potrzebowała zastrzyku energii. Otworzyła szafkę i wyciągnęła małą beżową filiżankę. Zanim włączyła ekspres, przesunęła ją tak, że jej uszko znalazło się po prawej stronie, tak jak uchwyt filtra. Sięgnęła do długiej stalowej szuflady na sztućce, zauważyła nóż leżący razem z widelcami, przełożyła go na miejsce, wyciągnęła łyżeczkę do kawy i zamknęła szufladę.

Kątem oka zauważyła ściereczkę zwisającą krzywo z uchwytu kuchenki. Chwyciła ją i wrzuciła do kosza w pomieszczeniu gospodarczym. Ze sterty świeżo upranych, wyprasowanych i ładnie poskładanych rzeczy wyciągnęła nową ściereczkę, złożyła ją pieczołowicie na pół i powiesiła na uchwycie kuchenki.

Wszystko miało swoje miejsce.

– Nie zmieniałam ostatnio numerów rejestracyjnych, więc tak, nadal są te same – odpowiedziała ze znużeniem na kolejne bezsensowne pytanie policjantki. Postawiła filiżankę z parującą kawą na marmurowej podstawce, aby ochronić szklany stół kuchenny. Wygładziła spodnie, usunęła drobny pyłek z marynarki i usiadła w konserwatorium. Wyjrzała na duży ogród i ciągnące się za nim, zdałoby się w nieskończoność, zielone wzgórza. Czterdzieści odcieni zieleni, złota i brązu.

Chwyciła w nozdrza bogaty aromat espresso i natychmiast poczuła przypływ energii. Wyobraziła sobie swoją siostrę, pędzącą jej kabrioletem pośród wzgórz, z ramionami w górze, zamkniętymi oczami, z rozwianymi ognistymi włosami, przekonaną, że jest wolna. Saoirse po irlandzku znaczyło „wolność”. Imię wybrała matka, ostatnim wysiłkiem chcąc zmienić znienawidzone rodzicielskie obowiązki w coś, co nie wydawałoby się jej kieratem. Pragnęła, aby jej druga córka przyniosła jej wybawienie od rozbitego małżeństwa, macierzyństwa, odpowiedzialności… i od rzeczywistości.

Poznała swojego przyszłego męża, kiedy miała szesnaście lat. Podróżowała po miastach z grupą poetów, muzyków i marzycieli. Kiedyś, w lokalnym pubie wdała się w rozmowę z farmerem Brendanem Eganem. Był od niej starszy o dwanaście lat i jej beztroskie podejście do życia zrobiło na nim widoczne wrażenie. Matce to pochlebiło, więc się pobrali. W wieku osiemnastu lat urodziła pierwsze dziecko, Elizabeth. Jak się okazało, nie umiała poskromić swej wolnej natury i zamknięcie w spokojnym, ukrytym między wzgórzami miasteczku, w którym nigdy nie planowała zatrzymywać się na dłużej, wywoływało w niej coraz większą frustrację. Płaczące dziecko i bezsenne noce przywodziły ją do szaleństwa. Wreszcie marzenia o osobistej wolności zlały się w jej umyśle z rzeczywistością i zaczęła znikać na całe dnie. Wyruszała na wędrówki, odkrywała nowe miejsca, nowych ludzi.

W wieku dwunastu lat Elizabeth potrafiła się zajmować sobą i swoim milczącym, przygnębionym ojcem. Nie pytała, kiedy mama wróci do domu, ponieważ wiedziała w głębi duszy, że kiedyś się to stanie i mama pojawi się znowu, z zaróżowionymi policzkami i rozjaśnionym wzrokiem, opowiadając o wielkim świecie i tym, co miał do zaoferowania. Była niczym świeży powiew wiatru, który niósł nadzieję i zachwyt nad życiem. Podczas jej obecności farma zmieniała się, jakby ściany absorbowały entuzjazm matki. Elizabeth siadywała w stopach jej łóżka, słuchając opowieści, od których kręciło jej się w głowie z zachwytu. Taka atmosfera panowała w domu jedynie przez kilka dni, dopóki matka nie zmęczyła się opowiadaniem i nie zaczęła marzyć o nowych przygodach.

Często przywoziła ze sobą pamiątki: muszelki, kamyki, liście. Elizabeth pamiętała wazon pełen świeżych traw, który matka postawiła na środku stołu jadalnego, zupełnie jakby były to najbardziej egzotyczne rośliny, jakie stworzyła natura. Zapytana, z jakiej łąki pochodziły, puściła oczko do córki, postukała się w nos i obiecała, że pewnego dnia Elizabeth sama odkryje to miejsce.

Podczas tych wszystkich wizyt ojciec siedział zazwyczaj w fotelu przy kominku, z gazetą, której nigdy nie czytał. Był tak samo zagubiony w świecie swojej żony jak ona.

Kiedy Elizabeth skończyła dwanaście lat, matka znowu zaszła w ciążę. Pomimo że nazwała drugie dziecko Saoirse, nie przyniosło jej ono oczekiwanej, upragnionej wolności. Wyruszyła zatem na kolejną wyprawę, z której już nie wróciła.

Ojciec Elizabeth, Brendan, nie interesował się nowo narodzonym dzieckiem, które wygnało z domu jego żonę. Czekał w milczeniu na jej powrót, siedząc godzinami w fotelu przy kominku, z nieprzeczytaną gazetą. Całe lata. Wieczność. W końcu Elizabeth przestała wierzyć w powrót matki i uznała, że musi zająć się młodszą siostrą.

Saoirse odziedziczyła celtycki wygląd po ojcu, podobnie jak on miała rude włosy i jasną karnację. Elizabeth z kolei była lustrzanym odbiciem matki. Oliwkowa skóra, czekoladowe włosy i niemal czarne oczy były dziedzictwem hiszpańskiej krwi, płynącej w żyłach krewnych matki od tysięcy lat. Z każdym dniem Elizabeth przypominała ją coraz bardziej i wiedziała, że ojciec ciężko to znosi. Znienawidziła siebie za to i oprócz starań, aby utrzymywać z nim kontakt, postanowiła zrobić wszystko, żeby pokazać mu, iż w niczym nie przypomina jego żony; że w przeciwieństwie do matki potrafi być lojalna.

Kiedy w wieku lat osiemnastu skończyła szkołę, stanęła przed dylematem: żeby iść na studia, musiałaby się przeprowadzić do Cork. Podjęcie decyzji wymagało ogromnej odwagi. Ojciec źle przyjął decyzję o wyjeździe. Uznał, że Elizabeth chce go porzucić. Każda przyjaźń, jaką nawiązywała, była dla niego znakiem, że córka chce go opuścić. Pragnął uwagi, opieki, chciał być najważniejszy w życiu córek, aby zatrzymać je w domu. I prawie mu się to udało, a już na pewno udało mu się odizolować Elizabeth od rówieśników. Dziewczyna usuwała się na bok, gdy tylko ktoś zaczynał z nią rozmawiać. Wiedziała, że za każdą chwilę spóźnienia do domu spotka ją kara w postaci gorzkich wymówek i pełnych dezaprobaty spojrzeń. Poza tym nauka w szkole i opieka nad Saoirse wypełniała jej cały czas. Brendan oskarżał córkę o to, że była jak matka i wynosiła się ponad niego i wszystkich mieszkańców Baile na gCroíthe. Elizabeth rzeczywiście źle się czuła w małym miasteczku, farma ojca zaś, mroczna i nijaka, sprawiała wrażenie skansenu, w którym zatrzymał się czas. Chwilami wydawało jej się, że nawet stary zegar po dziadku czekał na powrót matki.

– A gdzie jest Luke? – spytała Marie, przywracając Elizabeth do rzeczywistości.

– Sądzisz, że Saoirse zabrałaby go ze sobą? – odparła z goryczą w głosie.

Zapadła cisza. Elizabeth westchnęła.

– Jest tutaj.

Saoirse było czymś więcej niż tylko imieniem. Stało się jej tożsamością, sposobem na życie. Saoirse była taka, jak jej imię – ognista, niezależna, nieposkromiona i wolna. Poszła w ślady matki, której nie pamiętała, i Elizabeth miała czasem wrażenie, że widzi zaginioną rodzicielkę. Ciągle jednak traciła siostrę z oczu. Saoirse zaszła w ciążę w wieku szesnastu lat i nikt, łącznie z nią samą, nie wiedział, kim był ojciec. Nie wykazywała nawet chęci nadania dziecku imienia. W końcu jednak zdecydowała się go nazwać Lucky – szczęściarz. Kolejne pobożne życzenie. Elizabeth ochrzciła zatem chłopca Luke. I znowu, tym razem w wieku dwudziestu ośmiu lat, musiała zająć się wychowaniem małego dziecka.

Kiedy Saoirse patrzyła na Luke’a, w jej oczach nie było miłości. Elizabeth była zdumiona, że między matką a synem nie ma nici porozumienia, żadnych emocji. Sama nigdy nie myślała o dzieciach. A nawet przysięgła sobie, że nie będzie ich miała. Wystarczy, że wychowała siebie samą i swoją siostrę. Nie miała ochoty powtarzać tego jeszcze raz. Przyszedł czas, żeby zajęła się sobą. Po żmudnych latach nauki w szkole i college’u wreszcie zaczęła odnosić sukcesy jako projektantka wnętrz. Pracowała bardzo ciężko i była jedyną osobą w całej rodzinie, która mogła zapewnić Luke’owi dobre życie.

Osiągnęła cele, jakie sobie wytyczyła, dzięki rozsądkowi, ciężkiej pracy, trzymaniu się rzeczywistości, a nie mrzonek. Nauczył ją tego przykład matki i siostry.

Teraz miała trzydzieści cztery lata i mieszkała sama z Lukiem w domu, który kupiła i utrzymywała absolutnie sama. Kochała go. Uczyniła go swoją kryjówką, w której mogła czuć się bezpiecznie. Była samotna, ponieważ miłość jest jednym z tych uczuć, których nie można kontrolować. Kochała już kiedyś i była kochana, posmakowała, co to marzenia, chodzenie z głową w chmurach, radosna lekkość bytu. Doświadczyła również bólu utraty uczuć, wypalenia. Od tamtej pory postanowiła zamknąć serce na miłość, by nie tracić panowania nad swoimi uczuciami.