CiszaSõnum

Loe katkendit
Märgi loetuks
Kuidas lugeda raamatut pärast ostmist
Šrift:Väiksem АаSuurem Aa


Published by agreement with Stilton Literary Agency, Norway and Book/lab Literary Agency, Poland

Tytuł oryginału: Stilhet i støyens tid. Gleden ved å stenge verden ute

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zespół

Wydawca dziękuje NORLA za wsparcie finansowe przekładu.

© 2016 Kagge Forlag AS

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-0809-9

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

* * *

CZĘŚĆ DRUGA

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

Podziękowania

Źródła


Jeśli nie mogę odejść, wspiąć się czy pożeglować, aby uciec od świata, staram się od niego odciąć.

Nauczenie się tego zajęło mi sporo czasu. Dopiero kiedy zrozumiałem, że mam w sobie ogromną potrzebę ciszy, mogłem zacząć ją ścigać – okazało się, że głęboko pod kakofonią hałasu ulic i myśli, muzyki i dźwięków maszyn, iPhone’ów i odśnieżarek cisza jest i czeka na mnie. Cisza.

Nie tak dawno usiłowałem przekonać swoje trzy córki, że tajemnice świata skrywają się w ciszy. Siedzieliśmy razem przy stole w kuchni i jedliśmy niedzielny obiad. Obiad w niedzielę jest tą porą, kiedy wszyscy mamy czas, by usiąść i ze sobą porozmawiać, twarzą w twarz. Program pozostałych dni w tygodniu jest na to zbyt napięty. Dziewczyny popatrzyły na mnie podejrzliwie. Cisza to przecież nic? Jeszcze zanim zdążyłem wyjaśnić, że cisza może być przyjacielem, a poza tym luksusem wartym więcej niż upragnione przez nie torebki Marca Jacobsa, miały gotową konkluzję: cisza jest dobra wtedy, kiedy jest ci smutno. Poza tym nie ma żadnej wartości.

Gdy tak siedzieliśmy przy nakrytym do obiadu stole, przypomniała mi się nagle ciekawość, którą moje córki wykazywały jako dzieci. Sposób, w jaki się zastanawiały, co się kryje za zamkniętymi drzwiami. Spojrzenia, którymi patrzyły na przełącznik na ścianie i pytały, czy mogę „otworzyć światło”.

Pytania i odpowiedzi, pytania i odpowiedzi. Zdziwienie jest siłą napędową życia. Ale moje dzieci mają już trzynaście, szesnaście i dziewiętnaście lat i stopniowo coraz mniej się dziwią. Jeśli w ogóle coś je zdumiewa, bez trudu sięgają po smartfony, żeby znaleźć odpowiedź. Ciągle są ciekawe, lecz ich twarze nie są już tak dziecinne, mają bardziej dorosły wyraz, a ich głowy wypełniają raczej ambicje niż pytania. Żadnej nie interesowała dalsza rozmowa o ciszy, dlatego zdecydowałem się opowiedzieć im historię, mogącą wywołać ciszę, i to kompletną:

Dwaj moi przyjaciele postanowili zdobyć Mount Everest. Pewnego dnia wcześnie rano opuścili bazę i podjęli wspinaczkę na południowo-zachodniej ścianie góry. Udało się. Obaj dotarli na szczyt, ale wtedy nadciągnęła burza. Szybko zrozumieli, że nie wrócą na dół żywi. Jeden połączył się przez telefon satelitarny ze swoją ciężarną żoną. Wspólnie ustalili, jakie imię nadać dziecku, które nosiła pod sercem. Potem spokojnie zasnął wiecznym snem tuż pod szczytem. Ten drugi przed śmiercią nie skontaktował się z nikim. Nikt nie wie, co właściwie wydarzyło się w górach w tamto popołudnie. Dzięki suchemu zimnemu klimatowi na wysokości ponad ośmiu tysięcy metrów ich ciała zamarzły i wyschły. Leżą tam w ciszy, ciągle tacy sami, mniej więcej tacy, jacy byli, kiedy widziałem ich ostatnio dwadzieścia dwa lata temu.

Przy stole wyjątkowo zapadła cisza. Któraś z komórek piknęła, oznajmiając nadejście SMS-a, ale akurat w tej chwili nikt z nas nie myślał o sprawdzaniu wiadomości. Wypełniliśmy ciszę sobą.

Niedługo potem poproszono mnie o wygłoszenie wykładu na uniwersytecie w St. Andrews w Szkocji. Temat miałem wybrać sam. Zwykle w podobnych sytuacjach mówię o ekstremalnych wyprawach na krańce świata, ale tym razem moje myśli zwróciły się ku domowi, ku tamtemu niedzielnemu obiadowi z rodziną. Mój wybór padł więc na ciszę. Dobrze się przygotowałem, ale i tak denerwowałem się jak zazwyczaj. Może miejsce na oderwane myśli o ciszy jest raczej podczas niedzielnych obiadów, a nie przy okazji wystąpień przed studentami. Nie obawiałem się, że po tych osiemnastu minutach, jakie miałem do dyspozycji, zostanę wybuczany, ale chciałem, aby studenci zainteresowali się tym, co mi leżało na sercu.

Wystąpienie zacząłem od prośby o minutę ciszy. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Przez następnych siedemnaście minut mówiłem o ciszy, która nas otacza, lecz również o tym, co jeszcze ważniejsze, o ciszy, którą mamy w sobie. Studenci milczeli. Słuchali. Wydawało się, że tęsknili za ciszą.

Tego samego wieczoru wybrałem się z kilkorgiem z nich do pubu. Kiedy znalazłem się za drzwiami, odcinając się od wiatru, i kiedy przed każdym już stanęła szklanka piwa, dalszy ciąg wyglądał niemal identycznie, jak zapamiętałem z okresu własnych studiów w Wielkiej Brytanii. Mili, zaciekawieni ludzie, przyjemna atmosfera, interesujące rozmowy. Czym jest cisza? Gdzie ona jest? Dlaczego teraz jest ważniejsza niż kiedykolwiek? – Na te trzy pytania chcieli usłyszeć odpowiedź.

Bardzo ceniłem sobie ten wieczór nie tylko z uwagi na sympatyczne towarzystwo. Dzięki studentom pojąłem również, jak mało sam rozumiem. Po powrocie do domu nie mogłem przestać myśleć o tych trzech pytaniach. Stały się moją obsesją. Zacząłem pisać, zastanawiać się i czytać, głównie z pożytkiem dla siebie. Kolejne wieczory spędzałem nad rozważaniem tych trzech pytań.

W końcu miałem 33 próby odpowiedzi:


1

Podróżnikowi w dużej mierze chodzi o dziwienie się. To jedna z najczystszych form radości, jakie potrafię sobie wyobrazić. Lubię to uczucie. Często się dziwię. Ba, właściwie wszędzie: kiedy podróżuję, kiedy czytam, kiedy spotykam ludzi, kiedy siedzę i piszę albo z bijącym sercem oglądam wschód słońca. Dziwienie się odbieram jako jedną z najpotężniejszych sił, z którymi przychodzimy na świat. To również jedna z najwspanialszych ludzkich zdolności. Ale dziwię się nie tylko jako podróżnik. Równie często zdarza mi się to jako ojcu czy jako wydawcy. Napawam się tym. I najbardziej chciałbym, żeby mi w tym nie przeszkadzano.

 

Naukowcy potrafią odnajdywać prawdy. Sam również chętnie bym to robił, ale nie jest mi to dane. Do tej pory zdążyłem w życiu zmienić zdanie w zasadzie o wszystkim. Dziwię się przede wszystkim dla samego dziwienia. Ono jest celem samym w sobie. Taką małą wyprawą odkrywczą. Chociaż niekiedy bywa również nasionkiem, z którego wyrasta większa wiedza.

Kiedy indziej zdziwienie nie jest równie dobrowolne, nie wybieram go, lecz dziwię się, bo nie mogę się nie dziwić. Pojawia się zapowiedź czegoś nieprzyjemnego. Myśl albo wrażenie. Trawi mnie i każe mi się zastanawiać, co to może być.

Któregoś wieczoru przyszła do nas na kolację kuzynka i przyniosła mi tomik wierszy Jona Fossego. Po jej wyjściu, już leżąc w łóżku, zacząłem przeglądać książkę. Tuż przed zgaszeniem światła natrafiłem na takie oto słowa: Istnieje miłość, której nikt nie pamięta. Co Fosse chciał przez to powiedzieć? Niewidzialna miłość, która leży uśpiona? Czyżby tak naprawdę pisał o ciszy? Odłożyłem tomik z wierszami, ale dalej o tym rozmyślałem. Dobrzy poeci przypominają mi wielkich odkrywców. Dobierając właściwe słowa, wprawiają w ruch myśli w mojej głowie, trochę jak opowieści odkrywców, które czytałem w dzieciństwie. Przed zaśnięciem postanowiłem, że nazajutrz napiszę do Fossego, porozmawiam z nim i dowiem się, jak to jest.

„W pewnym sensie to cisza powinna mówić”, odpisał Fosse sześć minut po wysłaniu do niego e-maila. Mogło się wręcz wydawać, że czekał na moje pytanie, chociaż z pewnością tak nie było. Przecież od długiego czasu w ogóle się z nim nie kontaktowałem.

A więc to cisza powinna mówić. Powinna mówić, a ty powinieneś z nią rozmawiać i wykorzystywać tkwiący w niej potencjał. „Może dlatego że cisza niesie ze sobą zdziwienie, ale ma też w sobie pewien ogrom, trochę jak morze lub jak bezkresny, pokryty śniegiem płaskowyż. A ktoś, kto się nie dziwi temu ogromowi, ten się po prostu go boi. Zapewne właśnie dlatego tak wielu ludzi boi się ciszy (i dlatego wszędzie i ponad wszystkim króluje muzak)”.

Rozpoznaję ten strach, o którym pisze Fosse. Niejasny lęk przed czymś, o czym prawie nic nie wiem. Lęk, który sprawia, że łatwo przestaję być obecny we własnym życiu. Zamiast tego po prostu coś robię, unikam ciszy i żyję poprzez to nowe zajęcie. Wysyłam SMS-y, nastawiam muzykę, słucham radia albo po prostu pozwalam myślom biec, zamiast przystanąć i choć na moment odciąć się od świata.

Wydaje mi się, że ów strach, którego Fosse nie nazywa słowami, to lęk przed lepszym poznaniem samego siebie. Kiedy tego unikam, czuć ode mnie tchórzem.


2

Antarktyda to najcichsze miejsce na świecie, w jakim byłem. Szedłem sam na biegun południowy, w rozciągającym się dookoła monotonnym krajobrazie nie było żadnych wytworzonych przez człowieka dźwięków, oprócz tych, których sam byłem sprawcą. W samotności na lodzie, w głębi wielkiej białej nicości, mogłem tę ciszę usłyszeć i poczuć.

Kiedy się idzie na południe przez najzimniejszy kontynent na świecie, wszystko wydaje się płaskie i białe, kilometr za kilometrem aż po horyzont. Pod sobą ma się trzydzieści milionów kilometrów sześciennych lodu, naciskających na powierzchnię Ziemi.

Po pewnym czasie w całkowitej samotności zacząłem dostrzegać, że nic jednak nie jest zupełnie płaskie. Lód i śnieg układały się w mniejsze i nieco większe abstrakcyjne formacje. Jednostajna białość zmieniła się w niezliczone odcienie bieli. W śniegu pojawiły się cień błękitu, odrobina czerwieni, zieleni i leciutkiego różu. Czułem, że w trakcie mojego marszu natura wokół mnie się zmienia, ale się myliłem. Otoczenie pozostało takie samo, to ja się zmieniałem. Dwudziestego drugiego dnia wędrówki zapisałem w dzienniku: „W domu czerpię przyjemność jedynie z «dużych kawałków». Tutaj uczę się doceniać drobne przyjemności. Odcienie barwy śniegu. Cichnący wiatr. Formacje chmur. Ciszę”.

Pamiętam, że w dzieciństwie ogromnie fascynował mnie ślimak, który nosi ze sobą swój dom, bez względu na to, dokąd idzie. Podczas wyprawy na Antarktydę moja fascynacja ślimakiem jeszcze wzrosła. Wszystko, czego potrzebowałem, żywność, sprzęt i opał, przez całą podróż ciągnąłem na sankach, poza tym w ogóle nie otwierałem ust, żeby coś powiedzieć. Zamknąłem gębę. Przez pięćdziesiąt dni nie miałem z nikim żadnego kontaktu, ani radiowego, ani internetowego, nie widziałem też żadnej żywej istoty. Codziennie po prostu szedłem na południe. Nawet kiedy wpadałem w złość, bo pękło mi wiązanie, czy o mało nie wleciałem w szczelinę lodowca, nie przeklinałem. (Puszczanie wiązanek dołuje, jeszcze bardziej pogarsza zły humor. Dlatego podczas wypraw nigdy nie przeklinam).

W domu zawsze trafi się jakiś przejeżdżający samochód, zadzwoni, piśnie albo warknie telefon, ktoś zacznie rozmawiać, szeptać albo krzyczeć. W sumie jest tyle dźwięków, że przestajemy je słyszeć. Tu było zupełnie inaczej. Natura przemawiała do mnie, milknąc. Im było ciszej, tym więcej słyszałem.

Za każdym razem kiedy robiłem przerwę, a nie wiało, doświadczałem ogłuszającej ciszy. Nawet śnieg zdaje się milczeć, kiedy nie wieje wiatr. Coraz większą uwagę zwracałem na ten świat, którego byłem częścią, ponieważ nic mnie nie otumaniało ani mi nie przeszkadzało. Zostałem sam ze swoimi wyobrażeniami i z myślami. Przyszłość nie odgrywała już żadnej roli, przeszłość mnie nie obchodziła, nagle byłem obecny we własnym życiu. Filozof Martin Heidegger twierdził, że świat znika, kiedy w niego wchodzisz. Właśnie to się stało.

Czułem się przedłużeniem otoczenia. Nie miałem z kim rozmawiać, więc nawiązałem dialog z naturą. Posyłałem myśli przez płaskowyże, ku górom, a w odpowiedzi otrzymywałem inne wyobrażenia.

W dzienniku prowadzonym podczas wędrówki na południe zanotowałem, że tak łatwo uznać, iż kontynent, na który nie możemy podróżować, którego nie możemy doświadczać ani oglądać, ma małą wartość. Aby nabrał znaczenia, należałoby tam być, fotografować i upubliczniać zdjęcia. Dwudziestego siódmego dnia zapisałem: „Antarktyda wciąż pozostaje daleka i nieznana dla większości ludzi. Idąc przez nią, mam nadzieję, że tak pozostanie. Wcale nie odmawiam innym prawa do tego przeżycia, po prostu czuję, że Antarktyda ma do spełnienia misję jako nieznany ląd”. Wciąż uważam, że potrzebna nam świadomość istnienia okolic, które nie zostały do końca zbadane i uprzystępnione. Istnienie tajemniczego i prawie nietkniętego kontynentu, „który może być stanem wyobraźni”, to jedna z największych wartości Antarktydy dla przyszłych pokoleń.

Tajemnica dotarcia na biegun południowy polega na stawianiu jednej nogi przed drugą dostateczną liczbę razy. Pod względem technicznym jest to proste. Nawet mysz może przecież zjeść słonia, jeśli tylko będzie odgryzała odpowiednio małe kawałeczki. Wyzwanie polega na tym, żeby tego chcieć. Największym wyzwaniem jest wstać rano przy pięćdziesięciu stopniach mrozu. Dzisiaj tak samo jak w czasach Roalda Amundsena i Roberta Scotta. A drugim z kolei? Być w zgodzie ze sobą.

Cisza wniknęła we mnie. Pozbawiony kontaktu ze światem zewnętrznym, odizolowany od wszystkiego, pozostawiony sam na sam ze sobą, byłem zmuszony do kontynuowania tych myśli, które już miałem w głowie. I co gorsza, do kontynuowania uczuć. Antarktyda to największa pustynia na świecie, składa się z wody i ma więcej godzin słonecznych niż południowa Kalifornia. Nie ma się tu gdzie schować. Codzienne drobne kłamstwa i półprawdy, które opowiadamy sobie w cywilizacji, z daleka wydają się całkowicie pozbawione sensu.

Zabrzmiało to może tak, jakbym posuwał się do przodu dzięki medytacji, ale to nieprawda. Czasami mróz i wiatr ściskały mnie jak lodowate obcęgi. Marzłem aż do płaczu. Nos, palce u rąk i nóg stopniowo bielały, traciłem w nich czucie. Gdy następuje odmrożenie jakiejś części ciała, pojawia się ból, który później znika. Powraca natomiast przy odmarzaniu. Całą energię, jaką miałem, poświęcałem na odzyskiwanie ciepła. Rozmarzanie odmrożenia jest bardziej bolesne niż zamarzanie. Później tego samego dnia, gdy już udało mi się rozgrzać, odzyskiwałem energię i znów mogłem śnić na jawie.

Na samym biegunie południowym Amerykanie zbudowali bazę. Naukowcy i konserwatorzy przebywają tam całymi miesiącami, odizolowani od świata. Pewnego roku święta Bożego Narodzenia obchodziło w bazie dziewięćdziesięciu dziewięciu mieszkańców. Któryś z nich przemycił do bazy dziewięćdziesiąt dziewięć kamieni i rozdał je wszystkim jako prezenty gwiazdkowe, a jeden zatrzymał dla siebie. Nikt tutaj nie widział kamieni od miesięcy. Niektórzy od ponad roku. Tylko lód, śnieg i przedmioty wytworzone przez człowieka. Wszyscy oglądali swoje kamienie, dotykali ich. Trzymali je w rękach, wczuwali się w ich wagę, nie mówiąc przy tym ani słowa.

3

W drodze na biegun południowy wyobrażałem sobie, że „Człowiek z Księżyca” spogląda w dół na Ziemię. Nie dociera do niego żaden dźwięk z naszej planety, odległej o około 390000 kilometrów, ale widzi ją i sięga wzrokiem w głąb jej południowej części. Tam dostrzega chłopaka w niebieskim anoraku, który coraz głębiej wchodzi na lód, a wieczorem rozbija namiot. Następnego dnia powtarza się to samo. Widzi narciarza posuwającego się w tym samym kierunku tydzień po tygodniu. W końcu z pewnością uznaje mnie za wariata. Kiedy tak szedłem sam, ta myśl mnie trochę przygnębiła.

Pewnego dnia późnym popołudniem tuż przed zaplanowanym przeze mnie końcem marszu na nartach i rozbiciem namiotu, spojrzałem w niebo i wyobraziłem sobie, że ten sam „Człowiek z Księżyca” przenosi wzrok daleko na północ. Widzi tam tysiące, żeby nie powiedzieć miliony ludzi, którzy opuszczają rano swoje domki, a potem stoją w korkach przez kilka minut albo godzinę. Jak na filmie wyświetlanym w zwolnionym tempie. Wreszcie docierają do dużego budynku. Tam przez osiem, dziesięć albo dwanaście godzin siedzą przy monitorach, po czym w takich samych korkach wracają do swoich małych domków. Tam czeka na nich obiad i wiadomości w telewizji, co wieczór o tej samej porze. Rok za rokiem.

Uświadomiłem sobie, że po pewnym czasie obraz ten będzie się różnił jedynie tym, że ci najgorliwsi będą mieć trochę większy niż cała reszta domek, w którym będą spędzać noc. Kiedy wieczorem odpinałem narty, żeby rozbić obozowisko, czułem się spokojniejszy i bardziej zadowolony.


4

W szkole uczyłem się o falach dźwiękowych. To, że dźwięk jest zjawiskiem fizycznym i że da się go zmierzyć w decybelach, jest z pewnością prawdą, ale mnie mierzenie dźwięków na podstawie skali z liczbami nic nie daje. Cisza jest raczej ideą. Odczuciem. Wyobrażeniem. Otaczająca cię cisza może mnóstwo w sobie zawierać, lecz mnie najbardziej interesuje ta cisza, która jest we mnie. Cisza, którą w pewnym sensie tworzę sam. Dlatego nie szukam już wokół siebie ciszy absolutnej. Ta cisza, której poszukuję, jest przeżyciem osobistym.

Spytałem pewnego napastnika z drużyny futbolowej o jego przeżywanie dźwięków na wypełnionym po brzegi stadionie w momencie, kiedy uderza w piłkę, która szybuje w stronę bramki. Odpowiedział, że w chwili samego kopnięcia nie słyszy żadnego dźwięku, mimo że poziom hałasu jest ogromnie wysoki. Potem ogarnia go radość. To on jako pierwszy wie, że będzie gol. Moment później ciągle wydaje mu się, że na stadionie panuje głucha cisza. Następnymi osobami, które uświadamiają sobie, że piłka minęła linię bramkową, są koledzy z drużyny. On wtedy zauważa, że się cieszą. Wkrótce dociera to również do kibiców i wtedy wybucha ogólna wrzawa. Wszystko to trwa nie dłużej niż sekundę czy dwie.

Oczywiście hałas na stadionie nieprzerwanie miał wiele decybeli.

Wierzę, że każdy może odnaleźć ciszę w sobie. Cisza jest w nas bez przerwy również wtedy, gdy otacza nas mnóstwo dźwięków. Ciche wydają się morskie głębiny, odległe od pomarszczonej powierzchni i fal. Stanie pod prysznicem, pod wodą lejącą się na głowę, siedzenie przy strzelającym iskrami ognisku, pływanie w leśnym jeziorze albo wędrówka po górskim płaskowyżu mogą być odbierane jako cisza idealna. Uwielbiam to.

 

W Oslo jest trudniej. Pracuję w mieście i tam muszę czasami tworzyć sobie własną ciszę. Niekiedy hałas bywa tak wielki, że pogłaśniam muzykę – nie po to, żeby przeszkadzała mi jeszcze bardziej, lecz aby odciąć się od wszystkich innych dźwięków. Potrafi to zadziałać, gdy słucham nieskomplikowanej muzyki, znanej mi już wcześniej, takiej, która mnie nie zaskakuje. W zasadzie uważam, że można doświadczyć ciszy, nawet siedząc tuż przy pasie startowym na lotnisku Gardermoen, jeśli tylko dostatecznie mocno się tego pragnie. Pewien przyjaciel powiedział mi, że ciszy potrzebuje wyłącznie wtedy, kiedy prowadzi samochód. No cóż, liczy się nie to, co się z tobą dzieje, lecz jak to przyjmujesz, tak mówi stare norweskie przysłowie. Dla mnie jednak największą wartość ma cisza wśród przyrody. Tam czuję się najbardziej na swoim miejscu. Gdybym nie potrafił przenosić doświadczeń takiej ciszy do życia w mieście, tęsknota za nią byłaby zbyt duża i częściej musiałbym do niej wracać.

Kiedy się idzie na północ przez Arktykę, na lodzie nieustannie słychać dźwięki. Arktyka to morze otoczone kontynentami, w przeciwieństwie do Antarktydy, która jest kontynentem otoczonym morzem. Ocean Arktyczny ma trzy tysiące metrów głębokości i pokrywa go lód, który porusza się z wiatrem i z prądami morskimi. Ta ogromna biała masa huczy, kiedy ulega żywiołom. W miejscach, gdzie lód jest cienki, niekiedy zaledwie na kilka centymetrów, kołysze się i trzeszczy pod stopami.

Kiedy wraz z Børgem Ouslandem dotarłem na biegun północny w maju 1990 roku, nazajutrz po osiągnięciu przez nas celu przypadkiem nad naszymi głowami przeleciał amerykański samolot zwiadowczy. Piloci, którzy wyglądali przez okno tylko po to, by zobaczyć biegun na własne oczy, zapewne zdziwili się tak samo jak my, że jest tam jeszcze ktoś. W ramach okazania sympatii dwóm wygłodniałym polarnikom przed odlotem zrzucili nam pojemnik z żywnością. Po pięćdziesięciu ośmiu dniach w temperaturach sięgających minus pięćdziesięciu czterech stopni spaliliśmy większość tkanki tłuszczowej, a oprócz tego masę mięśniową. Aby dotrzeć do celu, wydłużyliśmy dobę z dwudziestu czterech do trzydziestu godzin i dzięki temu mogliśmy dziennie wędrować przez siedemnaście. Chłód i głód niekiedy nie pozwalały nam zasnąć.

Zrzucone z samolotu jedzenie wyłożyliśmy na karimaty i podzieliliśmy między siebie po równo. Zamierzałem pochłonąć całą swoją część natychmiast, ale Børge zaproponował, abyśmy nie jedli od razu, tylko trochę zaczekali. W milczeniu popatrzyli na jedzenie. Powoli policzyli w duchu do dziesięciu i dopiero zaczęli jeść. Abyśmy wspólnie zachowali umiarkowanie. Przypomnieli sobie nawzajem, że dla dobrego samopoczucia należy również coś poświęcić. Rzadko czułem się tak bogaty jak wówczas. Dziwnie było czekać i tylko patrzeć na jedzenie, ale później smakowało jeszcze bardziej.

Nie robię na drutach, lecz kiedy patrzę na kogoś dziergającego, myślę sobie, że taka osoba, chociaż nie otacza jej cisza, osiąga trochę tego samego spokoju wewnętrznego, który przeżywałem podczas swoich wypraw. Zresztą nie tylko podczas wypraw, lecz również kiedy czytam, słucham muzyki, medytuję, uprawiam seks, biegam na nartach, ćwiczę jogę albo siedzę bezczynnie, i nikt ani nic mi nie przeszkadza. Z moich doświadczeń wydawcy wynika, że sprzedajemy setki tysięcy książek o robótkach na drutach, warzeniu piwa i układaniu porąbanego drewna. Wydaje się, że wszyscy pragniemy, a przynajmniej robi to bardzo wielu z nas, wrócić do czegoś pierwotnego, autentycznego – i znaleźć spokój. Przeżyć coś będącego alternatywą dla zgiełku. Zajęcia, takie jak te, które wymieniłem, mają w sobie pewną niespieszność i trwałość, przypominają trochę medytację. Kiedy w piwnicy zajmujesz się warzeniem piwa lub robisz na drutach, prawdopodobieństwo tego, że ktoś ci przeszkodzi, jest – miejmy nadzieję – niewielkie, możesz więc dłużej zatrzymać się na swoim zajęciu. A świadomość, że nikt ci nie będzie przeszkadzał i że wyjątkowo masz wytłumaczenie na samotne przebywanie z samym sobą, to właśnie luksus.

Nie jest to żaden trend czy nowa moda, lecz coś, co moim zdaniem stanowi odzwierciedlenie głębokiej ludzkiej potrzeby. Dzierganie na drutach, warzenie piwa i rąbanie drewna to zajęcia podobne do siebie. Wyznaczasz sobie cel i realizujesz go – nie od razu, tylko przez jakiś czas. Używasz rąk albo całego ciała i coś tworzysz. Poruszając ciało, poruszasz umysł. Lubię, kiedy zadowolenie płynie z ciała do głowy, a nie odwrotnie. Osiągniętych rezultatów – drewna, które grzeje, swetra, w który włożyłeś duszę – nie da się wydrukować. Z tego, czym się zajmowałeś, wynika coś bardzo konkretnego. Efekt, którym ty i inni możecie się cieszyć od razu albo dopiero za jakiś czas.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Teised selle autori raamatud